Sąsiad właśnie przyjechał nowym samochodem.
Ładnym. Dużym. Takim, który trudno przeoczyć.
Patrzymy przez okno i właściwie nic się nie wydarzyło. Nasz samochód stoi dokładnie tam, gdzie stał wczoraj. Nadal jeździ, nie zepsuł się przez noc ani nie stracił nagle połowy wartości.
A jednak coś się zmieniło.
Jeszcze wczoraj byliśmy z niego całkiem zadowoleni. Dzisiaj wydaje się trochę starszy, mniej elegancki i jakby bardziej porysowany.
Dlaczego?
Przecież samochód sąsiada nie odebrał nam niczego. Mimo to cudze powodzenie potrafi sprawić, że zaczynamy inaczej patrzeć na własne życie.
I właśnie tutaj pojawia się jedna z najbardziej ludzkich, choć niezbyt chętnie przyznawanych emocji.
Zazdrość.
Cudzy sukces czasami przypomina nam o tym, czego sami nie mamy
Zazdrość ma złą opinię.
Mało kto powie przy kawie:
„Wiesz co? Okropnie jej zazdroszczę”.
Znacznie łatwiej znaleźć inne wyjaśnienie.
„Ciekawe, skąd oni mają na ten samochód”.
„Na pewno wzięli kredyt”.
„Zobaczymy, jak długo będą tacy szczęśliwi”.
„Ja bym tyle pieniędzy na wakacje nie wydała”.
„Po co komu taki wielki dom?”
W tych zdaniach często kryje się coś więcej niż zwykła opinia.
Cudze szczęście bywa dla nas lustrem. Pokazuje nie tylko to, co ma druga osoba, lecz także to, czego brakuje nam samym.
Kiedy jesteśmy zadowoleni ze swojego życia, sukces innych zazwyczaj nie stanowi większego problemu. Możemy obejrzeć nowy dom znajomych, pochwalić kuchnię, zachwycić się ogrodem i spokojnie wrócić do własnego mieszkania.
Trudniej jest wtedy, gdy od dawna marzymy o czymś podobnym.
Koleżanka znajduje partnera, podczas gdy my od kilku lat jesteśmy sami. Znajomy dostaje awans w chwili, gdy od miesięcy bezskutecznie staramy się o podwyżkę. Ktoś pokazuje zdjęcia z podróży, a nam właśnie zepsuła się pralka i pieniądze odłożone na wakacje trzeba przeznaczyć na nową.
W takich momentach możemy naprawdę lubić drugiego człowieka, życzyć mu dobrze, a jednocześnie poczuć ukłucie.
Nie zawsze zazdrościmy konkretnej rzeczy.
Często zazdrościmy uczucia, które — jak nam się wydaje — ta rzecz komuś daje.
Swobody. Bezpieczeństwa. Powodzenia. Uznania. Poczucia, że życie się udało.
Sąsiedzka rywalizacja, która zaczyna żyć własnym życiem
Szczególnie ciekawie robi się tam, gdzie ludzie przez lata obserwują się z bliska.
Wystarczy spojrzeć na niektóre sąsiedztwa.
Jeden zrobił nową elewację, więc po kilku miesiącach drugi zaczyna remontować swoją. Tamci postawili altanę, a obok niedługo pojawia się większa. Ktoś wyłożył podjazd piękną kostką i nagle stary podjazd po drugiej stronie ulicy zaczyna wyglądać właścicielowi znacznie gorzej niż jeszcze tydzień wcześniej.
Później dochodzą tarasy, ogrody, baseny, nowe bramy i coraz bardziej efektowne wyposażenie domu. Z zewnątrz cała okolica pięknieje.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby każdy robił to dlatego, że rzeczywiście tego potrzebuje i może sobie na to pozwolić.
Bywa jednak inaczej.
Za efektowną bramą może kryć się kredyt, piękna kuchnia została kupiona na raty, a egzotyczne wakacje trzeba będzie spłacać jeszcze długo po tym, gdy opalenizna zniknie.
Najbardziej zdumiewające jest to, że dla niektórych właśnie cudza zazdrość staje się częścią przyjemności z posiadania.
Samochód przestaje służyć wyłącznie do wygodnej jazdy — powinien jeszcze zostać zauważony. Dom także nie ma być jedynie wygodny; dobrze, jeśli przy okazji zrobi na innych wrażenie. Nawet urlop z odpoczynku potrafi zamienić się w okazję do pokazania, gdzie byliśmy i na co możemy sobie pozwolić.
I najlepiej jeszcze zobaczyć reakcję.
„Nie wystarczy, że mam dobrze. Chcę, żebyś zobaczył, że mam lepiej”
To zdanie może brzmieć nieprzyjemnie, ale bardzo dobrze opisuje pewien rodzaj rywalizacji.
Człowiek nie porównuje wtedy swojego obecnego życia z tym, jakie prowadził pięć lat wcześniej. Nie zastanawia się, czy jest mu wygodniej, spokojniej albo bezpieczniej.
Miara znajduje się gdzie indziej.
Miara znajduje się gdzie indziej. Zaczynamy spoglądać na sąsiada, porównywać się ze szwagrem, koleżanką albo ludźmi z pracy. To ich poziom życia staje się punktem odniesienia dla naszego.
Kiedy wydaje nam się, że mają więcej, pojawia się dyskomfort. Jeśli natomiast uda się ich prześcignąć, przez chwilę czujemy satysfakcję. Tyle że taki wyścig ma jedną poważną wadę — nie ma mety.
W rodzinie albo w pracy.
Jeżeli inni mają więcej, pojawia się dyskomfort. Gdy natomiast uda się ich wyprzedzić, przychodzi satysfakcja.
Tylko że taki wyścig ma pewną wadę.
Nie ma mety.
Zawsze znajdzie się ktoś z większym domem, wyższą pensją, bardziej egzotycznym urlopem albo możliwościami, których sami nie mamy.
Nawet jeśli wygramy z sąsiadem po lewej stronie, pozostaje jeszcze ten po prawej.
A później ktoś z pracy.
I znajomi z internetu.
Kiedy kupujemy rzecz, a kiedy kupujemy wrażenie?
Samochód za kilkaset tysięcy złotych sam w sobie nie świadczy o próżności.
Jeżeli kogoś na niego stać, kocha motoryzację i właśnie na to chce wydawać pieniądze — dlaczego nie?
Podobnie jest z dużym domem, markową torebką, drogim zegarkiem czy podróżą na drugi koniec świata.
Cena nie mówi nam jeszcze niczego o motywacji.
Znacznie ciekawsze pytanie brzmi:
Czy nadal chciałbym to mieć, gdyby nikt nigdy tego nie zobaczył?
Warto wyobrazić sobie wymarzony samochód stojący w garażu, bez sąsiadów wiedzących, ile kosztował. Podobnie z wakacjami, z których nie można pokazać ani jednego zdjęcia, czy piękną kuchnią, której nikt nigdy nie pochwali. Jeśli mimo braku widowni nadal pragniemy tych rzeczy i czerpiemy z nich radość, prawdopodobnie rzeczywiście są naszym marzeniem.
Jeżeli natomiast bez spojrzeń innych tracą część swojego uroku, być może bardziej niż samej rzeczy pragniemy wrażenia, jakie zrobi ona na otoczeniu.
Odpowiedzi potrafią powiedzieć o naszych pragnieniach więcej niż cena rzeczy.
Ponieważ istnieje ogromna różnica między:
„Chcę tego”
a:
„Chcę, żeby inni zobaczyli, że to mam”.
Czasem zadłużamy się nie po to, żeby żyć lepiej, lecz żeby wyglądało, że żyjemy lepiej
To chyba jeden z największych paradoksów porównywania się z innymi.
Człowiek chce wyglądać na zamożnego, więc podejmuje decyzje, które w rzeczywistości pogarszają jego sytuację finansową.
Kupuje rzeczy przekraczające możliwości domowego budżetu. Bierze kolejny kredyt na remont, choć poprzedni jeszcze ciąży. Organizuje wystawne przyjęcie, ponieważ „ludzie będą mówić”. Jedzie na wakacje, na które właściwie go nie stać.
Przez chwilę rzeczywiście może poczuć satysfakcję.
Sąsiedzi zobaczyli, rodzina pochwaliła, a zdjęcia zebrały mnóstwo reakcji.
Kilka dni później emocje opadają, lecz zobowiązania pozostają.
Wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej zabrakło:
Dla kogo właściwie to wszystko było?
Jeżeli znaczną część życia poświęcamy na robienie wrażenia na ludziach, których nawet szczególnie nie lubimy, sytuacja staje się dość absurdalna.
Zazdrość działa również w drugą stronę
Najczęściej mówi się o tym, jak źle jest zazdrościć.
Znacznie rzadziej zastanawiamy się, dlaczego niektórym tak wielką przyjemność sprawia świadomość, że to im ktoś zazdrości.
A przecież takie osoby istnieją.
Opowiadają o cenie zakupionej rzeczy, choć nikt nie pytał. Przy okazji wspominają, ile kosztował hotel, gdzie jedli kolację i jak trudno było zdobyć konkretny model czy zarezerwować wyjątkowe miejsce.
Sama informacja nie zawsze im wystarcza.
Potrzebna jest reakcja — zachwyt, zaskoczenie, a czasem nawet lekkie ukłucie zazdrości widoczne w oczach rozmówcy.
Skąd bierze się taka potrzeba?
Cudza zazdrość może zostać odebrana jako potwierdzenie własnej wartości.
„Skoro mi zazdrościsz, widocznie mam coś, czego ty pragniesz. A skoro mam coś, czego pragniesz, to znaczy, że mi się udało”.
Wtedy człowiek przestaje cieszyć się wyłącznie swoim życiem. Do pełnej satysfakcji potrzebuje jeszcze widowni.
Media społecznościowe dały nam miliony nowych sąsiadów
Kiedyś człowiek porównywał się głównie z ludźmi, których rzeczywiście znał.
Wiedział mniej więcej, jak żyje brat, sąsiadka czy kolega z pracy.
Dzisiaj wystarczy kilka minut z telefonem.
Ktoś właśnie odebrał klucze do domu. Inna osoba leci na Malediwy. Znajoma pokazuje bukiet kwiatów od męża, kolega chwali się zawodowym sukcesem, ktoś schudł dwadzieścia kilogramów, a jeszcze ktoś właśnie zaręczył się na plaży o zachodzie słońca.
W ciągu dziesięciu minut możemy obejrzeć więcej cudzych sukcesów niż nasi dziadkowie przez kilka miesięcy.
Problem polega na tym, że widzimy przede wszystkim efekt.
Widzimy piękny dom, ale nie ratę kredytu. Nie znamy stanu konta ani tego, co dzieje się w małżeństwie po zrobieniu idealnego zdjęcia. Luksusowy samochód również nie mówi nam, czy jego właściciel śpi spokojnie, czy nocami zastanawia się, jak spłacić wszystkie zobowiązania.
Porównujemy więc całe swoje życie z wybranymi fragmentami życia innych.
Trudno wygrać takie porównanie.
Cudze szczęście najbardziej boli tam, gdzie sami czujemy brak
Nie każda zazdrość oznacza małostkowość.
Niekiedy jest po prostu informacją.
Jeżeli wiadomość o ciąży znajomej wywołuje ból u kobiety, która od lat bezskutecznie stara się o dziecko, trudno sprowadzić jej uczucia do zwykłej zawiści.
Samotna osoba, patrząc na zakochaną parę, może jednocześnie cieszyć się ich szczęściem i mocniej odczuć własną pustkę. Czyjś awans zaboli szczególnie kogoś, kto od lat czuje się niedoceniany, natomiast nowy dom znajomych może przypomnieć o marzeniu, na które obecnie nie możemy sobie pozwolić.
W takich sytuacjach zazdrość wskazuje miejsce, które jest w nas wrażliwe.
Zamiast natychmiast się za nią potępiać, warto czasem zapytać:
„Co właściwie zabolało mnie w cudzym szczęściu?”
Odpowiedź może być zaskakująca.
Być może wcale nie chodzi o to, co posiada druga osoba.
Może najbardziej boli poczucie, że sami od dawna stoimy w miejscu.
Najgorsza jest zazdrość, która zaczyna podejmować za nas decyzje
Samo ukłucie zazdrości nie musi być groźne.
Emocje pojawiają się i znikają. Problem zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy im kierować swoim życiem.
Jeszcze wczoraj byliśmy zadowoleni z własnych rzeczy, lecz po zobaczeniu cudzych nagle wydają się niewystarczające. Dom znajomych sprawia, że zaczynamy krytycznie patrzeć na swój. Po ich egzotycznej podróży urlop nad polskim jeziorem traci urok, chociaż wcześniej właśnie o nim marzyliśmy.
W ten sposób wybory innych zaczynają określać nasze potrzeby.
To szczególny rodzaj utraty wolności.
Formalnie sami podejmujemy decyzje, ale w rzeczywistości podejmuje je za nas porównanie.
A co, jeśli sąsiad naprawdę ma lepiej?
Może mieć.
Nie trzeba sobie wmawiać, że każdy właściciel pięknego domu jest zadłużony, każde szczęśliwe małżeństwo tylko udaje, a osoba odnosząca sukces z pewnością ma jakieś ukryte problemy.
Niektórzy rzeczywiście mają więcej pieniędzy. Ktoś może być szczęśliwszy w związku, osiągnąć większy sukces zawodowy albo dysponować możliwościami, których my obecnie nie mamy.
Dojrzałość zaczyna się chyba w chwili, kiedy potrafimy to zobaczyć bez konieczności umniejszania drugiej osobie.
„Tak, udało mu się. I to niczego mi nie odbiera”.
Cudzy sukces nie jest dowodem naszej porażki.
Jeżeli sąsiad wybudował piękny dom, nasz nie stał się przez to gorszy. Szczęśliwe małżeństwo przyjaciół nie oznacza, że nasze życie jest mniej wartościowe, a czyjeś pieniądze nie odbierają znaczenia temu, co sami osiągnęliśmy.
Dopiero ciągłe porównywanie potrafi sprawić, że zaczynamy odczuwać to inaczej.
Być może prawdziwy luksus wygląda zupełnie inaczej
Wyobraźmy sobie jeszcze raz scenę z początku.
Sąsiad podjeżdża pod dom nowym samochodem.
Wychodzimy, patrzymy i mówimy:
„Ale piękny. Niech ci dobrze służy”.
Po czym wracamy do domu i zajmujemy się swoim życiem. Nie sprawdzamy ceny samochodu w internecie ani nie zaczynamy nagle zastanawiać się nad wymianą własnego. Przy kolacji nie analizujemy, skąd sąsiad wziął pieniądze. Nie pojawia się też potrzeba kupienia czegoś jeszcze lepszego.
Przede wszystkim zaś jego radość w żaden sposób nie pomniejsza naszej.
Może właśnie to jest jeden z najbardziej niedocenianych rodzajów wolności.
Umieć patrzeć na cudze szczęście bez poczucia, że sami przez nie staliśmy się mniej szczęśliwi.
Nie potrzebujemy największego domu na ulicy ani rzeczy, za którymi odwracają się głowy. Widownia również nie jest konieczna, żeby wiedzieć, czy dobrze nam się żyje.
Bo być może prawdziwy sukces zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy sprawdzać, czy sąsiad nam zazdrości.
I zamiast patrzeć przez płot, wreszcie zaczynamy spokojnie żyć po swojej stronie.
Przeczytaj również – Dlaczego po latach pamiętamy jedno zdanie, a zapominamy całe rozmowy?
Zapraszam, przeczytaj książki Ireny Dudek – Biblioteka lustra losu