Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Dlaczego tak bardzo przejmujemy się tym, co powiedzą ludzie?

Dlaczego tak bardzo przejmujemy się tym, co powiedzą ludzie?

„A co ludzie powiedzą?”

To krótkie zdanie potrafi mieć zaskakująco duży wpływ na nasze życie.

Kobieta od dawna źle czuje się w swoim małżeństwie, lecz odwleka decyzję o rozstaniu, bo przecież rodzina zacznie pytać. Ktoś traci pracę i oprócz lęku o przyszłość czuje wstyd przed znajomymi. Sześćdziesięciolatka widzi w sklepie piękną czerwoną sukienkę, przymierza ją, podoba się sobie w lustrze, a po chwili odkłada na wieszak. W głowie pojawia się znajome: „Czy mnie jeszcze wypada tak się ubierać?”.

Nikt nie musi niczego powiedzieć.

Czasem wystarczy sama możliwość, że ktoś mógłby nas ocenić.

I tak zaczynamy podejmować decyzje przed niewidzialną publicznością, która często nawet nie wie, że właśnie dostała rolę w naszym życiu.

„Co ludzie powiedzą?” znamy od dzieciństwa

Dla wielu z nas opinia otoczenia była czymś ważnym od najmłodszych lat.

Trzeba było zachowywać się tak, żeby nie przynieść rodzinie wstydu. Dzieci miały być grzeczne, dom zadbany, małżeństwo zgodne, a problemy najlepiej rozwiązywać po cichu.

„Nie krzycz, bo sąsiedzi usłyszą”.

„Ubierz się porządnie, bo co sobie pomyślą?”

„Nikomu o tym nie opowiadaj”.

„W naszej rodzinie takich rzeczy się nie robi”.

Dziecko szybko uczy się, że ważne jest nie tylko to, co robi, lecz również to, jak zostanie odebrane.

Potem dorasta. Ma własny dom, pieniądze i prawo do samodzielnych wyborów, ale dawne głosy wcale nie muszą zniknąć.

Zamiast rodziców czy dziadków pojawia się wewnętrzny obserwator, który od czasu do czasu przypomina:

„Uważaj, jak to będzie wyglądało”.

Chcemy być akceptowani

Potrzeba akceptacji jest czymś naturalnym.

Większość z nas chce czuć, że gdzieś należy, jest lubiana i szanowana. Odrzucenie, wyśmianie czy publiczne upokorzenie potrafią boleć, dlatego zwracamy uwagę na reakcje otoczenia.

Sama wrażliwość na cudze zdanie nie jest więc problemem.

Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy zamiast uwzględniać opinie innych, zaczynamy podporządkowywać im swoje wybory.

Rezygnujemy z czegoś, czego pragniemy. Zostajemy tam, gdzie od dawna jest nam źle. Ukrywamy porażkę, żeby zachować odpowiedni wizerunek. Wybieramy rozwiązanie bardziej akceptowane, choć wcale nie jest nam z nim po drodze.

Po latach można już nawet nie pamiętać, które decyzje były naprawdę nasze.

Czasem najbardziej boimy się oceny osób, które wiedzą o nas najmniej

Wyobraźmy sobie kobietę, która od lat żyje w trudnym małżeństwie.

To ona zna wszystkie rozmowy prowadzone późnym wieczorem, miesiące milczenia, kolejne próby naprawienia relacji i chwile, o których nigdy nikomu nie opowiadała.

Sąsiadka widzi tę parę czasem na podwórku.

Ciotka spotyka ich dwa razy w roku przy świątecznym stole.

Znajomi oglądają wspólne zdjęcia.

A mimo to przy myśli o rozwodzie może pojawić się lęk:

„Co oni powiedzą?”

To niezwykły paradoks. Osoby znające jedynie niewielki fragment sytuacji otrzymują w naszej głowie prawo do oceniania całej historii.

Tymczasem sąsiadka nie będzie zasypiała w naszym łóżku. Ciotka nie przeżyje kolejnych dwudziestu lat naszego małżeństwa, a znajomi nie poniosą konsekwencji pozostania w nim ani odejścia.

Człowiek z zewnątrz widzi kilka scen. My musimy przeżyć cały film.

Życie na pokaz może sporo kosztować

Lęk przed oceną nie dotyczy wyłącznie wielkich decyzji.

Nieraz zaczyna się bardzo niewinnie.

Znajomi kupili nowy samochód i dotychczasowy nagle wydaje się nam za stary. Po remoncie u sąsiadów patrzymy na własną kuchnię, z której jeszcze tydzień wcześniej byliśmy zadowoleni, i zaczynamy dostrzegać w niej same wady. Zdjęcia z egzotycznych wakacji sprawiają, że spokojny urlop nad jeziorem przestaje wyglądać wystarczająco atrakcyjnie.

Granica między „chcę tego” a „chcę, żeby inni zobaczyli, że to mam” potrafi być bardzo cienka.

Z tego powodu niektórzy organizują uroczystości przekraczające ich możliwości, kupują rzeczy na kredyt albo wydają pieniądze, których woleliby nie wydawać.

Nie zawsze chodzi o prawdziwą potrzebę.

Niekiedy kupujemy przede wszystkim wrażenie, jakie chcemy zrobić na otoczeniu.

A przecież zachwyt gości może potrwać jeden wieczór, podczas gdy rachunki zostają znacznie dłużej.

Najtrudniej pokazać światu, że coś nam się nie udało

Sukces łatwo opowiedzieć.

Nowa praca, awans, ślub, zakup mieszkania czy udany biznes dobrze brzmią w rozmowie.

Znacznie trudniej powiedzieć:

„Straciłam pracę”.

„Moje małżeństwo się rozpadło”.

„Firma nie przetrwała”.

„Muszę zacząć od początku”.

Do samego problemu dochodzi wtedy obawa przed reakcją otoczenia.

Przez lata mogliśmy być postrzegani jako szczęśliwe małżeństwo, człowiek sukcesu albo ktoś, kto zawsze świetnie sobie radzi. Przyznanie, że rzeczywistość wygląda inaczej, bywa bolesne również dlatego, że pęka starannie budowany obraz.

Zdarza się więc, że bardziej chronimy wizerunek niż siebie.

Tyle że ukryta porażka nadal pozostaje porażką, a udawanie szczęścia nie sprawia, że stajemy się szczęśliwi.

„W twoim wieku?” – czyli życie według tego, co wypada

Szczególną odmianą lęku przed oceną jest przekonanie, że w pewnym wieku czegoś już „nie wypada”.

Dotyczy to zwłaszcza kobiet.

Najpierw dziewczynka ma być grzeczna. Później młoda kobieta powinna odpowiednio się prowadzić. Następnie oczekuje się od niej, że będzie dobrą żoną, matką, gospodynią i pracownicą.

Z biegiem lat dochodzą kolejne zasady.

Spódnica nie za krótka. Włosy nie za długie. Makijaż odpowiedni do wieku. Nowy związek? Owszem, ale bez przesady z okazywaniem uczuć. Samotny wyjazd? Kto to widział. Nauka tańca po sześćdziesiątce? Po co?

Jakby po przekroczeniu określonej liczby urodzin należało stopniowo rezygnować nie tylko z pewnych ubrań, lecz również z ciekawości świata.

A przecież sześćdziesięcioletnia kobieta nadal może lubić czerwony kolor. Siedemdziesięciolatek ma prawo zakochać się, pojechać na wycieczkę albo nauczyć czegoś nowego.

Metryka informuje, ile mamy lat. Nie jest instrukcją obsługi naszego życia.

Czasem rezygnujemy z marzeń, zanim ktokolwiek zdąży je wyśmiać

Ktoś chciałby otworzyć mały sklep.

Inna osoba marzy o przeprowadzce na wieś. Ktoś jeszcze od dawna myśli o zmianie zawodu, rozpoczęciu studiów po pięćdziesiątce albo pierwszej samotnej podróży.

Pomysł ledwie się pojawia, a już rozpoczyna się przewidywanie reakcji.

Rodzina uzna, że zwariowałam.

Znajomi będą się śmiać.

Dzieci powiedzą, że w tym wieku powinnam mieć spokój.

W efekcie marzenie zostaje schowane, choć żadna z tych rozmów jeszcze się nie odbyła.

To szczególnie przewrotna sytuacja, ponieważ pozwalamy cudzym opiniom kierować sobą, zanim w ogóle zostały wypowiedziane.

Niewidzialna publiczność potrafi być bardziej surowa od prawdziwej.

Media społecznościowe powiększyły widownię

Dawniej porównywaliśmy się głównie z rodziną, sąsiadami i znajomymi.

Dzisiaj możemy każdego dnia oglądać życie setek osób.

Nowe domy. Podróże. Restauracje. Sukcesy zawodowe. Urodziny z pięknymi dekoracjami. Zaręczyny na plaży. Idealne kuchnie, szczęśliwe rodziny i dzieci wyglądające tak, jakby nigdy nie urządziły awantury o zgubioną skarpetkę.

Oczywiście wiemy, że widzimy tylko wybrane momenty.

Nie znamy rachunku za tę podróż, kłótni sprzed rodzinnego zdjęcia ani samotnego wieczoru w pięknym mieszkaniu.

Mimo tej świadomości łatwo zacząć patrzeć na swoją codzienność jak na coś, co również powinno dobrze się prezentować.

Zamiast pytać: „Czy było mi dobrze?”, zastanawiamy się, czy było wystarczająco efektownie.

I w ten sposób przeżywanie chwili może powoli ustępować miejsca prezentowaniu jej innym.

Prawda jest taka: ludzie rzeczywiście czasem mówią

Łatwo pocieszać kogoś zdaniem:

„Nikogo nie obchodzi twoje życie”.

Tylko że nie zawsze jest to prawda.

Oczywiście, że ludzie komentują.

Ktoś zauważy rozwód. Ktoś inny zapyta, dlaczego zmieniliśmy pracę. W rodzinie może pojawić się dyskusja o naszym nowym partnerze, fryzurze, sposobie wychowywania dzieci albo wydawania pieniędzy.

Nie chodzi więc o udawanie, że cudze komentarze nie istnieją.

Istotniejsze jest coś innego.

Jak długo naprawdę trwają?

Ciotka porozmawia o naszym rozwodzie podczas obiadu, a wieczorem będzie martwiła się własnym zdrowiem. Sąsiad skomentuje samochód, po czym zajmie się swoim rachunkiem za ogrzewanie. Koleżanka przez chwilę zastanowi się nad naszą decyzją, a następnego ranka pobiegnie do pracy ze swoimi problemami.

My potrafimy przez kilka lat bać się opinii, którą ktoś zajmował się przez kilka minut.

Bywa, że nikt nas nie ocenia. Robimy to sami

Przechodzimy obok grupy znajomych i wydaje nam się, że rozmawiają właśnie o nas.

Zakładamy coś odważniejszego, po czym każde spojrzenie interpretujemy jako krytykę.

Informujemy rodzinę o ważnej decyzji i jeszcze przed rozmową układamy w głowie cały katalog zarzutów, które na pewno usłyszymy.

Tymczasem rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej.

Być może ktoś rzeczywiście będzie zaskoczony. Inny członek rodziny wzruszy ramionami, a znajoma powie po prostu: „Jeśli tego chcesz, spróbuj”.

Nie mamy wpływu na wszystkie reakcje.

Mamy natomiast wpływ na to, ile miejsca damy im w swojej głowie.

Ile rzeczy tracimy przez strach przed cudzym zdaniem?

Nie zawsze są to wielkie życiowe szanse.

Czasem tracimy małe przyjemności.

Nie zakładamy ubrania, w którym czujemy się pięknie. Rezygnujemy z samotnego pójścia do kina, bo wydaje nam się, że wszyscy będą patrzeć. Nie zapisujemy się na zajęcia, ponieważ będziemy najstarsi w grupie.

Innym razem cena jest znacznie wyższa.

Pozostajemy w pracy, której nie znosimy. Odkładamy zmianę, o której myślimy od lat. Utrzymujemy relację głównie dlatego, że jej zakończenie wymagałoby wyjaśnień.

Dni mijają, później miesiące i lata.

Aż pewnego dnia może pojawić się znacznie trudniejsze pytanie niż „co powiedzą inni?”:

„Dlaczego tak długo nie zrobiłam tego, czego sama chciałam?”

Nie każda cudza opinia jest zła

Wolność od ocen nie oznacza, że należy przestać kogokolwiek słuchać.

Są osoby, których zdanie może być niezwykle cenne.

Przyjaciel zauważy zagrożenie, którego nie dostrzegamy. Dorosłe dziecko zwróci uwagę, że ktoś nas wykorzystuje. Bliska osoba zada niewygodne pytanie, które zmusi do zastanowienia. Ktoś bardziej doświadczony pokaże możliwe konsekwencje pochopnego wyboru.

Mądra rada nie mówi jednak:

„Nie rób tego, bo źle będziesz wyglądać”.

Raczej pyta:

„Czy pomyślałaś, co się stanie, jeśli to zrobisz?”

To ogromna różnica.

W pierwszym przypadku najważniejszy jest wizerunek. W drugim — nasze dobro.

Warto zapytać: kto będzie żył z konsekwencjami?

Przy wielu decyzjach to pytanie potrafi uporządkować sytuację.

Jeżeli pozostanę w pracy tylko dlatego, że rodzina uważa ją za prestiżową, kto będzie codziennie rano do niej jechał?

Gdy kupię coś ponad swoje możliwości, aby zrobić wrażenie na znajomych, na czyim koncie pojawią się raty?

Jeśli zrezygnuję z ważnego dla mnie planu pod wpływem czyjegoś komentarza, kto za kilka lat może tego żałować?

Odpowiedź zazwyczaj prowadzi w jedno miejsce.

Do nas.

Inni mają prawo do własnego zdania. Mogą czegoś nie rozumieć, nie pochwalać albo wybrać zupełnie inaczej.

Nie będą jednak żyli za nas z konsekwencjami naszych wyborów.

Jedno pytanie może powiedzieć nam bardzo dużo

Gdy następnym razem pojawi się obawa przed tym, jak zostaniemy odebrani, można zrobić prosty eksperyment.

Wyobrazić sobie, że nikt się nie dowie.

Żadnej sąsiadki, rodziny, koleżanek z pracy ani mediów społecznościowych.

I wtedy zapytać:

„Co wybrałabym, gdybym nie musiała nikomu tego pokazywać ani tłumaczyć?”

Być może wymarzony samochód przestanie być aż tak ważny.

Za to zwyczajny wyjazd nad morze okaże się dokładnie tym, czego potrzebujemy.

Może wielkie przyjęcie straci swój urok, a kameralna kolacja z kilkoma bliskimi osobami zacznie brzmieć znacznie lepiej.

Czasem odpowiedź pokaże coś poważniejszego — marzenie odkładane od lat albo zmianę, przed którą powstrzymywał nas przede wszystkim lęk przed komentarzami.

Nie oznacza to, że każdą zachciankę trzeba natychmiast realizować.

Chodzi raczej o rozpoznanie, który głos naprawdę należy do nas.

Ludzie powiedzą. A potem pójdą do domu

Prawdopodobnie nie da się przeżyć życia w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Dużo pracujesz? Dla kogoś będziesz osobą, która nie umie odpoczywać. Ograniczysz obowiązki zawodowe? Znajdzie się ktoś przekonany, że brakuje ci ambicji.

Samotność wywoła pytania o partnera, natomiast nowy związek może rozpocząć dyskusję o tym, czy dokonaliśmy dobrego wyboru. Oszczędność zostanie przez jednych nazwana rozsądkiem, przez innych skąpstwem. Nawet sposób spędzania wolnego czasu może stać się przedmiotem komentarza.

Nie istnieje decyzja, która spodoba się każdemu.

Można więc spędzić lata na próbie spełnienia cudzych oczekiwań, a i tak znaleźć kogoś niezadowolonego.

Albo zaakceptować, że czasem ktoś się zdziwi. Ktoś czegoś nie zrozumie. Jeszcze inna osoba przez chwilę o nas porozmawia.

Potem zamknie drzwi własnego mieszkania i zajmie się swoim życiem.

My zostaniemy ze swoim.

I może największa wolność nie polega na tym, że przestaje nas obchodzić zdanie innych. Polega na tym, że przestajemy oddawać mu prawo do decydowania za nas.

Bo któregoś dnia znacznie ważniejsze od pytania:

„Co ludzie powiedzieli?”

może okazać się inne:

„Czy to było życie, które naprawdę chciałam przeżyć?”

Przeczytaj również – Dlaczego dla obcych jesteśmy milsi niż dla własnych bliskich?

Dlaczego cudze szczęście czasem nas boli? Droga do własnego sukcesu

Przeczytaj książki Ireny Dudek – Biblioteka lustra losu