Ryszard uchodził w swoim otoczeniu za człowieka trudnego. Niektórzy zapewne powiedzieliby nawet, że niedobrego.
Najbardziej jednak jego charakter znali ci, którzy mieszkali z nim pod jednym dachem.
Miał żonę i dwie córki. Rodzina mieszkała w domu z dużym ogrodem i niewielkim gospodarstwem rolnym. Obowiązków rzeczywiście nie brakowało. Zawsze znalazło się coś do zrobienia: przy domu, na podwórku, w ogrodzie czy gospodarstwie.
Tyle że u Ryszarda praca nie była zwyczajną częścią rodzinnego życia.
Stała się sposobem sprawowania władzy.
Kiedy rano wychodził do pracy, żona i córki wiedziały, jakie zadania mają wykonać przed jego powrotem. Dziewczynki chodziły przecież jeszcze do szkoły, miały lekcje i własne obowiązki, ale ojciec oczekiwał również wykonania tego, co im polecił.
Po powrocie sprawdzał.
Zrobione?
Dobrze.
Niezrobione?
Zaczynał się problem.
W tym domu nawet odpoczynek nie był czymś oczywistym.
Wystarczyło usiąść, żeby usłyszeć:
— Nie masz nic do roboty?
Krótka uwaga. Kilka zwyczajnych słów.
Dla kogoś z zewnątrz mogą nie znaczyć wiele. Dla osób mieszkających z Ryszardem oznaczały coś zupełnie innego.
Przypominały, że ojciec patrzy.
Kontroluje.
Ocenia.
I za chwilę może się zdenerwować.
Dom, w którym trzeba było uważać
Wyobraźmy sobie dziecko wracające ze szkoły.
Powinno mieć możliwość zjedzenia obiadu, odpoczynku, odrobienia lekcji, może spotkania z koleżanką. Tymczasem nad całym popołudniem wisi świadomość, że ojciec wróci i będzie sprawdzał.
Nie chodzi wyłącznie o wykonanie konkretnej pracy.
Znacznie gorsze staje się napięcie.
Czy wszystko jest zrobione?
W jakim humorze wróci?
Czy znajdzie coś, do czego można się przyczepić?
Lepiej nie siedzieć, kiedy wejdzie. Najbezpieczniej było milczeć. Każdy starał się tylko go nie zdenerwować.
Właśnie w taki sposób jeden człowiek może zdominować atmosferę całego domu.
Pozostali zaczynają obserwować jego nastrój zamiast własnych potrzeb.
„Nie podoba ci się? To wynoś się z domu”
Ryszard potrafił powiedzieć:
— Nie podoba ci się? To wynoś się z domu, darmozjadzie.
Takie słowa szczególnie bolą, kiedy słyszy je dziecko.
Dom powinien być przecież miejscem, którego nie trzeba sobie codziennie wypracowywać. Dziecko nie jest lokatorem tolerowanym pod warunkiem wykonania odpowiedniej liczby obowiązków.
Powinno wiedzieć:
Tutaj jest moje miejsce.
W rodzinie Ryszarda bezpieczeństwo nie było jednak oczywiste.
Groźba wyrzucenia z domu mówiła coś bardzo mocnego: jeśli nie podporządkujesz się moim zasadom, możesz stracić swoje miejsce.
Dla dorosłego takie słowa są upokarzające.
Dla dziecka mogą być przerażające.
Żona, która miała coraz mniej własnego głosu
Najwięcej obowiązków spoczywało również na żonie Ryszarda.
Była bardzo zapracowana.
Z czasem stała się zahukana.
Tak właśnie nieraz wygląda życie z człowiekiem, przy którym każda próba sprzeciwu może prowadzić do awantury. Człowiek zaczyna wybierać ciszę nie dlatego, że się zgadza, lecz dlatego, że chce uniknąć kolejnego konfliktu.
W przypadku tej rodziny sytuacja była jeszcze poważniejsza.
Kiedy żona stawiała opór, dochodziło do rękoczynów.
Ryszard bił żonę.
Podnosił rękę również na córki.
Tutaj kończy się opowieść o „trudnym charakterze”.
Zaczyna się przemoc.
Nie należy jej łagodzić słowami o porywczości, surowym wychowaniu czy nerwach. Człowiek może być wymagający, uparty, nieprzyjemny albo wybuchowy.
Bicie najbliższych przekracza inną granicę.
Najdziwniejsze jest to, że sam znał taki dom
Historia Ryszarda ma jeszcze jedną warstwę.
On również wychował się w podobnych warunkach.
Zanim został ojcem, którego bały się córki, sam był dzieckiem dorastającym w domu, gdzie obowiązywał podobny sposób traktowania ludzi.
To bardzo dużo zmienia w rozumieniu jego historii.
Nie zmienia natomiast odpowiedzialności.
Możemy próbować zrozumieć, skąd wzięło się jego przekonanie, że rodzinę trzeba trzymać krótko. Być może właśnie taki obraz ojca poznał w dzieciństwie. Niewykluczone, że kontrolę zaczął utożsamiać z porządkiem, podporządkowanie z szacunkiem, a surowość z właściwym wychowaniem.
Nie wiemy, co dokładnie myślał.
Wiemy za to, co zrobił później.
Stworzył własnej rodzinie dom podobny do tego, w którym sam dorastał.
Dlaczego powtarzamy to, czego sami nie lubiliśmy?
To jedno z najbardziej przejmujących pytań tej historii.
Człowiek może doskonale pamiętać własny strach z dzieciństwa, a wiele lat później wywoływać podobny strach u swoich dzieci.
Jak to możliwe?
Wyniesione z domu zachowania mogą stać się dla nas czymś znajomym, nawet jeśli były złe. Dziecko przez lata obserwuje, czym według jego rodziny jest ojcostwo, małżeństwo, kara, posłuszeństwo czy rozwiązywanie konfliktów.
Później dorasta.
Zakłada własną rodzinę.
W chwilach napięcia może sięgać po sposób reagowania, który zna najlepiej.
Nie oznacza to jednak, że każdy człowiek wychowany w przemocowym domu będzie stosował przemoc.
Wręcz przeciwnie — wiele osób dokonuje zupełnie innego wyboru.
Mówią:
„Moje dzieci nie będą bały się tak, jak ja się bałem.”
I właśnie tutaj pojawia się odpowiedzialność dorosłego człowieka.
Nie mamy wpływu na dom, w którym przyszliśmy na świat.
Mamy natomiast wpływ na to, jaki dom stworzymy później.
Trudne dzieciństwo może wyjaśniać. Nie usprawiedliwia
Warto bardzo wyraźnie oddzielić te dwie rzeczy.
Poznanie przeszłości Ryszarda pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego pewne zachowania mogły wydawać mu się normalne.
Nie daje mu jednak prawa do bicia żony i córek.
Cierpienie nie jest pozwoleniem na zadawanie cierpienia.
Ktoś może powiedzieć:
„Jego też tak wychowywano”.
To może być prawda.
Tylko co z tego wynika dla dziecka stojącego przed ojcem i bojącego się kolejnego uderzenia?
Nic.
Ono cierpi tu i teraz.
Podobnie żona nie przestaje odczuwać strachu tylko dlatego, że jej mąż miał trudne dzieciństwo.
Można współczuć chłopcu, którym kiedyś był Ryszard, i jednocześnie nie akceptować tego, co dorosły Ryszard robił własnej rodzinie.
Te dwie prawdy mogą istnieć obok siebie.
Dlaczego żona nie odeszła?
Takie pytanie bardzo łatwo zadać komuś stojącemu poza podobną sytuacją.
„Skoro było tak źle, dlaczego została?”
Tyle że życie człowieka nie mieści się w jednym zdaniu.
Małżeństwo oznacza wspólny dom, dzieci, pieniądze, codzienne obowiązki, zależności i lata przeżyte razem. Do tego może dochodzić strach, wstyd, nadzieja, że partner się zmieni, obawa przed przyszłością albo przekonanie, że trzeba wytrzymać dla dzieci.
Osoba przez długi czas poniżana może również stopniowo tracić pewność siebie.
Każda próba sprzeciwu kończąca się awanturą uczy ostrożności.
Kolejne doświadczenia pokazują:
Lepiej nie mówić.
Lepiej przeczekać.
Może jutro będzie spokojniej.
Może tym razem nic się nie wydarzy.
Po latach taki sposób funkcjonowania może stać się codziennością.
Dlatego zamiast pytać wyłącznie:
„Dlaczego ona nie odeszła?”
warto postawić inne pytanie:
„Co działo się przez wszystkie te lata, że odejście mogło wydawać się tak trudne?”
Dzieci uczą się domu, zanim poznają świat
Córki Ryszarda nie wybierały ojca.
Nie mogły również zdecydować, do jakiej rodziny się urodzą.
Pierwsze lekcje dotyczące relacji otrzymywały więc właśnie tam.
Widziały matkę bardzo zapracowaną i zahukaną. Doświadczały kontroli ojca. Wiedziały, że niewykonanie polecenia może przynieść konsekwencje. Słyszały słowa o wyrzuceniu z domu.
Do tego dochodziła przemoc fizyczna.
Nie możemy wiedzieć, jaki dokładnie ślad pozostawiło to w każdej z nich. Każdy człowiek przeżywa dzieciństwo inaczej.
Można jednak postawić ważne pytanie:
Czego dziecko uczy się o miłości, kiedy osoba mówiąca, że jest rodziną, jednocześnie budzi strach?
To pytanie wykracza daleko poza historię Ryszarda.
Czy dobry człowiek jest łatwiejszy do zdominowania?
Tytułowe pytanie brzmi:
Dlaczego dobrzy ludzie trafiają na złych ludzi?
Być może samo pytanie wymaga niewielkiej zmiany.
Dobroć nie jest magnesem przyciągającym złych ludzi. Spokojna kobieta nie ponosi odpowiedzialności za to, że partner ją krzywdzi. Pracowity pracownik nie jest winny temu, że szef wykorzystuje jego sumienność.
Problem może pojawić się gdzie indziej.
Osoby cierpliwe, empatyczne i skłonne do wybaczania czasami bardzo długo próbują zrozumieć drugiego człowieka.
„Miał ciężkie dzieciństwo”.
„Jest zmęczony”.
„Ma problemy”.
„W głębi duszy nie jest zły”.
„Może się zmieni”.
Każde z tych zdań może zawierać część prawdy.
Żadne nie oznacza jednak, że trzeba pozwalać się krzywdzić.
Zrozumienie drugiego człowieka nie wymaga zgody na jego zachowanie.
Podobny mechanizm pojawia się w pracy
Dom nie jest jedynym miejscem, w którym jedna osoba potrafi podporządkować sobie innych.
Wyobraźmy sobie przełożonego, którego boi się cały zespół.
Pracownicy rano zastanawiają się:
W jakim humorze dziś przyjdzie?
Kogo wezwie do gabinetu?
Czy znowu będzie krzyczał?
Kto pierwszy oberwie?
Po pewnym czasie ludzie zaczynają zachowywać się podobnie jak domownicy żyjący z osobą despotyczną.
Obserwują nastrój szefa.
Unikają sprzeciwu.
Starają się nie zwracać na siebie uwagi.
Wykonują coraz więcej obowiązków, ponieważ odmowa wydaje się ryzykowna.
Ktoś może nawet powiedzieć:
„Taki już jest”.
To bardzo niebezpieczne zdanie.
Często oznacza bowiem, że całe otoczenie nauczyło się dostosowywać do zachowania jednej osoby.
Strach to nie szacunek
Ryszard prawdopodobnie chciał, żeby w domu go słuchano.
Osiągnął jednak coś innego.
Bliscy się go bali.
Między szacunkiem a strachem istnieje ogromna różnica.
Człowieka szanowanego słuchamy dlatego, że cenimy jego zdanie, ufamy mu albo uznajemy jego doświadczenie.
Osobie budzącej strach podporządkowujemy się, ponieważ boimy się konsekwencji.
Z zewnątrz obie sytuacje mogą wyglądać podobnie.
Polecenie zostaje wykonane.
Dziecko idzie do pracy w ogrodzie.
Żona przestaje się sprzeciwiać.
W domu panuje pozorny porządek.
Tylko cena jest zupełnie inna.
Posłuszeństwo wymuszone strachem nie jest szacunkiem.
„Nie masz nic do roboty?”
To jedno zdanie wraca w tej historii szczególnie mocno.
Wyobrażam sobie rodzinę siedzącą przez chwilę spokojnie.
Wchodzi Ryszard.
Patrzy.
Pada pytanie:
— Nie masz nic do roboty?
I spokój się kończy.
Ktoś wstaje.
Znajduje zajęcie.
Zaczyna coś robić.
Nie dlatego, że właśnie pojawiła się pilna potrzeba.
Dlatego, że siedzenie przy Ryszardzie nie było bezpiecznym odpoczynkiem.
W zdrowym domu człowiek powinien móc czasem nic nie robić.
Usiąść.
Wypić herbatę.
Porozmawiać.
Poczytać.
Pośmiać się.
Dom nie jest zakładem pracy, a rodzina nie jest brygadą podporządkowaną kierownikowi.
Najtrudniej zauważyć to, do czego się przywykło
Człowiek potrafi przyzwyczaić się do rzeczy, które kiedyś wydawałyby mu się nie do zaakceptowania.
Granica przesuwa się stopniowo.
Najpierw pojawia się podniesiony głos.
Później obraźliwe słowo.
Następnie groźba.
Za jakiś czas kolejny krok.
W pewnym momencie rodzina może już nie zastanawiać się, czy sytuacja jest normalna.
Zastanawia się jedynie, jak przeżyć dzień bez awantury.
To ogromna różnica.
Życie przestaje być swobodne, ponieważ zachowanie jednego człowieka wyznacza granice wszystkim pozostałym.
Czy Ryszard mógł być inny?
To pytanie pozostanie bez pełnej odpowiedzi.
Miał trudne dzieciństwo.
Poznał podobny model domu.
Być może przez wiele lat uważał swoje zachowanie za właściwe. Możliwe też, że nie potrafił inaczej radzić sobie z gniewem, sprzeciwem czy poczuciem utraty kontroli.
Ale przecież wielu ludzi pochodzących z trudnych rodzin wybiera inną drogę.
W pewnym momencie mówią sobie:
„Na mnie to się skończy.”
Uczą się rozmawiać.
Przepraszają.
Szukają pomocy.
Zaczynają dostrzegać własne zachowania.
Nie zawsze od razu potrafią je zmienić, ale podejmują próbę.
Ryszard miał przed sobą tę samą możliwość.
Historia, którą znamy, mówi jednak, że schemat powtórzył.
Ktoś musi przerwać ten łańcuch
Każda rodzina przekazuje następnym pokoleniom coś więcej niż nazwisko, fotografie czy majątek.
Przekazuje również sposoby rozmawiania, reagowania na konflikt, okazywania uczuć i radzenia sobie z gniewem.
Nie wszystko, co otrzymujemy, jest dobre.
Część rodzinnego dziedzictwa warto zachować.
Inną część trzeba świadomie zatrzymać.
Można powiedzieć:
„W moim domu krzyczano, ale ja nie będę krzyczeć na swoje dzieci”.
„Mnie bito, ale ja nie podniosę ręki na własne dziecko”.
„Ojciec poniżał mamę, więc ja nie chcę tak traktować swojej żony”.
Właśnie wtedy człowiek dokonuje czegoś niezwykle ważnego.
Nie zmienia przeszłości.
Zmienia przyszłość.
Najważniejsze pytanie nie dotyczy Ryszarda
Przez lata można było zastanawiać się:
Dlaczego on taki jest?
Co zrobiło z niego takiego człowieka?
Skąd bierze się jego złość?
Historia dzieciństwa daje nam część odpowiedzi, lecz być może nie są to najważniejsze pytania.
Znacznie bardziej przejmujące brzmi inne:
Dlaczego trzy osoby w jednym domu musiały codziennie zastanawiać się, w jakim humorze wróci jeden człowiek?
Żona miała prawo usiąść we własnym domu bez obawy przed komentarzem.
Córki miały prawo wrócić ze szkoły i czuć się bezpiecznie.
Sprzeciw nie powinien kończyć się uderzeniem.
Odmienne zdanie nie odbiera nikomu prawa do domu.
Odpoczynek również nie czyni człowieka darmozjadem.
Dom powinien być miejscem, do którego chce się wracać
Nie musi być idealny.
W każdej rodzinie zdarzają się kłótnie, zmęczenie, pretensje i trudniejsze dni. Ludzie podnoszą głos, mówią czasem coś, czego później żałują, a następnie próbują naprawić wyrządzoną krzywdę.
Istnieje jednak granica pomiędzy niedoskonałą rodziną a domem zbudowanym na strachu.
Miłość nie wymaga ciągłego czuwania.
Bliskość nie oznacza podporządkowania.
Autorytet nie potrzebuje pięści.
Dziecko nie powinno nasłuchiwać odgłosu otwieranych drzwi i zastanawiać się, czy za chwilę zacznie się awantura.
Żona nie powinna ważyć każdego słowa ze strachu przed reakcją męża.
Dom ma chronić przed światem, a nie być miejscem, przed którym człowiek chciałby się schować.
Krzywdy nie trzeba przekazywać dalej
Ryszard sam dorastał w podobnym domu.
To ważna część jego historii.
Możemy współczuć dziecku, którym kiedyś był. Możemy wyobrazić sobie chłopca uczącego się świata wśród zasad, które później przeniósł do własnej rodziny.
Jednocześnie trzeba pamiętać o dorosłym mężczyźnie, którym się stał.
Miał żonę.
Miał dwie córki.
Dostał własny dom i własną szansę.
Mógł stworzyć coś innego.
Nie zrobił tego.
Być może właśnie tutaj znajduje się najważniejsza myśl tej historii.
Nie jesteśmy odpowiedzialni za krzywdę, którą wyrządzono nam w dzieciństwie. Jako dorośli stajemy się jednak odpowiedzialni za to, co robimy z nią dalej.
Możemy nieść ją przez życie.
Możemy również zatrzymać się i powiedzieć:
„Na mnie ten łańcuch się skończy.”
Bo dzieci nie powinny spłacać długu za dzieciństwo swoich rodziców.
Żona nie powinna cierpieć za krzywdy, których kiedyś doznał jej mąż.
Kolejne pokolenie nie musi powtarzać historii poprzedniego.
A człowiek, który sam kiedyś bał się we własnym domu, ma przed sobą szczególnie ważny wybór:
może nauczyć swoje dzieci tego samego strachu albo sprawić, że właśnie przy nim po raz pierwszy w tej rodzinie przestaną się bać.
Przeczytaj także – Całe życie był silny toksyczne relacje
Zapraszam do przeczytania książek Ireny Dudek – biblioteka lustra losu