Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » „Zostałam dla dzieci i przysięgi”. Kiedy ratowanie małżeństwa zaczyna niszczyć rodzinę?

„Zostałam dla dzieci i przysięgi”. Kiedy ratowanie małżeństwa zaczyna niszczyć rodzinę?

„Zostałam dla dzieci”.

Ile kobiet wypowiedziało te słowa? Ile powtarzało je sobie przez pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, próbując uwierzyć, że jeszcze trochę cierpliwości, kolejna rozmowa, następna szansa i ponowne wybaczenie w końcu coś zmienią?

Niekiedy dochodziło do tego drugie zdanie:

„Przecież przysięgałam przed Bogiem, że będę z nim na dobre i na złe”.

Więc zostawała.

Łagodziła konflikty, tłumaczyła partnera przed dziećmi i ukrywała problemy przed rodziną. Po awanturze sprzątała nie tylko mieszkanie, lecz także emocjonalny bałagan. Przed znajomymi zapewniała, że wszystko jest w porządku. Podczas rodzinnej uroczystości uśmiechała się do zdjęcia.

W niedzielę zdarzało się, że cała rodzina szła razem do kościoła.

Z zewnątrz małżeństwo trwało.

Tylko czy naprawdę trwała rodzina?

To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie może zadać sobie człowiek pozostający przez lata w toksycznym związku. Nie ma na nie jednej odpowiedzi, ponieważ nie każde trudne małżeństwo jest toksyczne i nie każdy poważny kryzys oznacza koniec wspólnej drogi.

Niektóre związki przechodzą przez bardzo ciemny okres, a później odzyskują bliskość. Ludzie podejmują terapię, uczą się rozmawiać, wychodzą z uzależnienia, próbują odbudować zaufanie po zdradzie i zaczynają od nowa.

Istnieje jednak zasadnicza różnica między ratowaniem małżeństwa przez dwoje ludzi a podtrzymywaniem go przez jedną osobę.

Właśnie tę granicę czasami najtrudniej zauważyć.

„Robię to dla dzieci”

To prawdopodobnie jeden z najsilniejszych powodów pozostawania w nieszczęśliwym małżeństwie.

Rodzic patrzy na dzieci i myśli: „Nie mogę rozbić im domu”. Wyobraża sobie dwa mieszkania, święta dzielone między mamę i tatę, pytania w szkole, smutek dziecka oraz własne poczucie winy.

W porównaniu z tym pozostanie może wydawać się mniejszym złem.

Dzieci nie mieszkają jednak w naszym wyobrażeniu o rodzinie.

One mieszkają w jej codzienności.

Słyszą sposób, w jaki rodzice się do siebie odzywają. Dostrzegają pogardliwe spojrzenia i czują napięcie przy stole. Wiedzą, kiedy mama płakała, nawet jeśli rano zapewnia, że nic się nie stało.

Milczenie również potrafią odczytać.

Nie trzeba być świadkiem wielkich awantur, żeby zrozumieć, że między rodzicami dzieje się coś złego. Dziecko może nauczyć się chodzić po domu tak, aby nikogo nie zdenerwować. Zaczyna obserwować twarz ojca albo matki i po kilku sekundach wie, jaki będzie wieczór.

Właśnie dlatego pytanie „czy zostać dla dzieci?” jest zbyt proste.

Znacznie uczciwiej zapytać:

„Czego moje dzieci uczą się o miłości, patrząc każdego dnia na nasze małżeństwo?”

Może widzą szacunek mimo różnicy zdań, obserwują dwoje dorosłych, którzy potrafią przeprosić, rozmawiać i szukać rozwiązania.

Bywa jednak zupełnie inaczej. Dom uczy wtedy, że miłość oznacza wytrzymywanie wszystkiego.

Dzieci uczą się związku, zanim same wejdą w pierwszy związek

Pierwszą lekcją bliskości zazwyczaj nie jest pierwsza randka.

Jest nią dom.

To właśnie tam dziecko po raz pierwszy obserwuje, jak dwoje ludzi okazuje sobie uczucia, rozwiązuje konflikty, stawia granice i reaguje na zachowanie drugiej osoby.

Widok matki, która przez lata wszystko wybacza i bierze odpowiedzialność za postępowanie partnera, może sprawić, że taki układ zacznie wydawać się normalny.

Podobnie działa obserwowanie ojca poniżanego, kontrolowanego czy stale odrzucanego przez partnerkę. Toksyczność nie jest przecież przypisana do jednej płci.

Trudny dom nie przesądza oczywiście o przyszłych relacjach dziecka. Dorosły człowiek może świadomie stworzyć zupełnie inny związek niż ten, który obserwował w dzieciństwie.

Warto jednak pamiętać, że pozostanie razem nie jest automatycznie równoznaczne z ochroną dzieci.

Niekiedy chronimy przede wszystkim obraz pełnej rodziny.

„Przysięgałam na dobre i na złe”

Dla osoby wierzącej ślub kościelny nie jest dekoracją ani pięknym wspomnieniem z dnia wesela.

Przysięga ma znaczenie.

Dlatego myśl o rozstaniu może wywoływać nie tylko strach czy smutek, lecz również ogromny konflikt sumienia.

„Może właśnie teraz przyszło to na złe, o którym mówiłam przed ołtarzem?”

Za chwilę pojawia się następna wątpliwość: „Jeśli odejdę, czy okaże się, że nie dotrzymałam słowa?”

Do tego dochodzi obawa przed reakcją księdza, rodziny i otoczenia.

Gdzieś jeszcze głębiej może tkwić pytanie najboleśniejsze:

„Czy zawiodłam Boga?”

Takich dylematów nie wolno wyśmiewać. Dla człowieka wierzącego mogą być równie realne jak strach przed samotnością czy troska o dzieci.

Jednocześnie warto zastanowić się nad czymś jeszcze:

Czy wierność przysiędze oznacza obowiązek udawania, że małżeństwo jest dobre, kiedy w domu od dawna brakuje szacunku, bezpieczeństwa i odpowiedzialności?

Słowa „na dobre i na złe” mogą oznaczać pozostanie przy współmałżonku w chorobie, biedzie, kryzysie, depresji, utracie pracy czy innym trudnym okresie.

Nie powinny natomiast służyć do uciszania człowieka doświadczającego przemocy, poniżania, ciągłych zdrad, uzależnienia bez gotowości do leczenia albo życia w permanentnym strachu.

Wiara może być źródłem ogromnej siły potrzebnej do ratowania małżeństwa. Jednocześnie człowiek ma prawo zauważyć własne cierpienie i nazwać to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Kiedy bardziej boisz się ludzi niż kolejnego wieczoru w domu

Istnieje jeszcze jeden powód, o którym mówi się znacznie ciszej.

Wstyd.

Szczególnie w mniejszych miejscowościach i mocno związanych społecznościach rozpad małżeństwa może przestać być prywatną sprawą dwojga ludzi.

Najpierw pojawia się myśl o rodzinie. Zaraz potem o sąsiadach i znajomych. Osoba związana z parafią może również zastanawiać się, jak zareaguje proboszcz albo inni ludzie spotykani co niedzielę w kościele.

Niekiedy nikt nie musi nawet wypowiadać krytycznych słów. Lęk przed oceną zdążył już zamieszkać w człowieku.

Zaczyna więc chronić małżeństwo przed opinią otoczenia.

A właściwie — chronić jego wizerunek.

Na imieninach wszystko wygląda normalnie. Podczas świąt siadacie przy jednym stole, a na zdjęciu stoicie obok siebie. Przed rodziną nie wspominasz o ostatniej awanturze.

Kiedy ktoś pyta, odpowiadasz:

„Wiesz, jak to w małżeństwie”.

Później wracacie do domu i zaczyna się życie, którego nikt nie widzi.

Może w końcu dojść do paradoksu: myśl o tym, co powiedzą ludzie po rozstaniu, przeraża bardziej niż to, co wydarzy się dziś wieczorem po zamknięciu drzwi.

W takim momencie warto zapytać:

„Czy naprawdę chcę tak żyć, czy tylko boję się przyznać przed światem, że od dawna tak żyję?”

Kamuflowanie problemu może wyglądać jak ratowanie rodziny

Kiedy kochamy człowieka, bardzo łatwo zacząć naprawiać skutki jego zachowania.

Partner wypił za dużo? Dzwonisz do pracy i mówisz, że jest chory.

Po awanturze podczas rodzinnego spotkania następnego dnia tłumaczysz wszystkim, że ostatnio ma dużo stresu.

Jeśli powiedział dzieciom coś okrutnego, próbujesz przekonać je, że tata albo mama „tak naprawdę tego nie myśleli”.

Problemy finansowe rozwiązujesz po cichu.

O kolejnej zdradzie nikt się nie dowiaduje, ponieważ nie chcesz niszczyć opinii rodziny.

Z zewnątrz może to wyglądać jak niezwykła lojalność.

Od środka przypomina czasem nieustanne sprzątanie po drugim dorosłym człowieku.

Najtrudniejsze jest to, że osoba robiąca te wszystkie rzeczy często naprawdę wierzy, że ratuje rodzinę.

Dopiero po latach może pojawić się bolesna myśl:

„A jeśli moje naprawianie sprawiało, że druga osoba nigdy nie musiała zobaczyć konsekwencji własnego zachowania?”

Nie chodzi tutaj o obwinianie siebie.

Chodzi o zauważenie różnicy między pomaganiem człowiekowi a umożliwianiem mu dalszego krzywdzącego postępowania.

Ratowanie małżeństwa wymaga dwojga

Jedna osoba może rozpocząć zmianę.

Ma prawo powiedzieć: „Tak dalej nie chcę żyć”. Może zaproponować terapię, postawić granice, przestać ukrywać problem i zacząć mówić o tym, co naprawdę dzieje się w domu.

Pracy za drugiego człowieka wykonać się jednak nie da.

Za kogoś nie przestaniemy pić.

Szacunku również nie nauczymy partnera wbrew jego woli.

Odpowiedzialności za cudzą zdradę, agresję czy kłamstwa nie można przejąć na własne barki.

Nawet ogromna miłość nie ma magicznej mocy naprawiania człowieka, który nie widzi potrzeby zmiany.

Dlatego tak wielka różnica istnieje między małżeństwem przeżywającym kryzys a relacją, w której od lat tylko jedna osoba próbuje cokolwiek naprawić.

W pierwszym przypadku oboje potrafią powiedzieć:

„Mamy problem. Zróbmy coś z nim”.

W drugim jedna osoba mówi:

„Mamy problem”.

Odpowiedź brzmi:

„To ty masz problem”.

W takim układzie potrafią minąć całe lata.

Czy każdy toksyczny związek trzeba zakończyć?

Nie.

Samo słowo „toksyczny” jest dziś używane tak szeroko, że czasami określa się nim niemal każdy trudny konflikt.

Ludzie popełniają błędy. Potrafią zranić ukochaną osobę, zachować się egoistycznie, przeżyć kryzys albo przez pewien czas być bardzo trudnymi partnerami.

Najważniejsze pytanie brzmi: co dzieje się później?

Czy człowiek dostrzega wyrządzoną krzywdę?

Potrafi wziąć za nią odpowiedzialność?

Jest gotowy szukać pomocy?

A przede wszystkim — czy zmianę widać w jego zachowaniu, a nie tylko w kolejnych obietnicach?

„Przepraszam” może być początkiem odbudowy.

Gdy jednak po każdym „przepraszam” następuje dokładnie to samo, słowo z czasem przestaje oznaczać zmianę i staje się jedynie sposobem na zakończenie kolejnego kryzysu.

Małżeństwo może zostać odbudowane nawet po bardzo trudnych doświadczeniach.

Nie wymaga to perfekcji.

Potrzebna jest natomiast gotowość obojga do pracy nad tym, co niszczy relację.

A jeśli odejście wydaje się porażką?

Takie uczucie potrafi być niezwykle silne, zwłaszcza po dwudziestu czy trzydziestu latach wspólnego życia.

Człowiek patrzy wstecz i myśli: „Tyle wytrzymałam. Tyle zrobiłem. Jeśli teraz odejdę, wszystko pójdzie na marne”.

Wcale nie musi tak być.

Lata życia nie tracą wartości tylko dlatego, że pewnego dnia podejmujemy inną decyzję niż dwadzieścia lat wcześniej.

Były w nich dzieci, wspomnienia, dobre chwile, doświadczenia, rozwój i rzeczy, których kiedyś nie potrafiliśmy rozumieć tak jak dzisiaj.

Ogromnym ciężarem może natomiast stać się przekonanie, że skoro poświęciliśmy czemuś dwadzieścia lat, powinniśmy oddać również następne dwadzieścia.

Nie trzeba dziś osądzać osoby, którą było się kiedyś.

Wtedy podejmowała decyzje z wiedzą, możliwościami, siłą i lękami, jakie miała właśnie wtedy.

Dzisiaj może wiedzieć więcej.

Nie pytaj tylko: „Czy powinnam zostać?”

To pytanie jest ogromne. Bywa tak przytłaczające, że człowiek zamiera i przez kolejne lata nie podejmuje żadnej decyzji.

Lepiej zacząć od mniejszych.

Czy czuję się bezpiecznie we własnym domu?

Następnie warto zapytać siebie: czy partner bierze odpowiedzialność za swoje zachowanie?

Kolejna kwestia dotyczy granic: czy moje „nie” ma dla niego jakiekolwiek znaczenie?

Pomyśl również, czy możesz powiedzieć prawdę o swoim małżeństwie komuś bliskiemu, czy bezustannie musisz chronić jego wizerunek.

Spójrz na dzieci. Czy żyją w spokoju, czy nauczyły się obserwować nastroje dorosłych, aby uniknąć konfliktu?

Ważna jest również odpowiedzialność za zmianę. Czy oboje próbujemy naprawić małżeństwo, czy tylko ja?

Spróbuj na chwilę wyobrazić sobie świat, w którym nie istnieje opinia rodziny, sąsiadów ani środowiska. Czy wtedy nadal wybrałabym dokładnie takie życie?

Na końcu zostaje pytanie, które może być najtrudniejsze:

Gdyby moje dorosłe dziecko opowiedziało mi kiedyś, że żyje w związku identycznym jak mój, co bym mu powiedziała?

Odpowiedź potrafi zaboleć. Potrafi też wiele uporządkować.

Ślub kościelny, dzieci i własne sumienie

Żaden artykuł nie powinien decydować za człowieka: „zostań” albo „odejdź”.

Za jednym zdaniem mogą przecież stać dziesiątki lat wspólnego życia, dzieci, wiara, finanse, mieszkanie, choroba, strach, nadzieja i uczucia, których osoba z zewnątrz nigdy do końca nie pozna.

Można natomiast przestać udawać przed samym sobą.

Małżeństwo przeżywające kryzys potrzebuje pomocy, a czasami również profesjonalnego wsparcia.

Gotowość obojga do ratowania związku daje przestrzeń do pracy nad nim.

W sytuacji przemocy lub zagrożenia bezpieczeństwa priorytetem powinno być natomiast bezpieczeństwo osób, które w tym domu żyją.

Przysięga małżeńska może być dla człowieka święta.

Dzieci mogą być najważniejszymi osobami na świecie, a wiara fundamentem całego życia.

Żadna z tych wartości nie wymaga jednak udawania, że jad przestaje być jadem tylko dlatego, że nikt poza domownikami go nie widzi.

Czasami nie ratujemy już rodziny. Ratujemy jej obraz

Być może właśnie tutaj znajduje się najtrudniejsza granica.

Przez lata można wierzyć, że każde wybaczenie służy rodzinie. Kolejne przemilczenie ma chronić dzieci, następna szansa jest dowodem miłości, a uśmiech przed ludźmi pozwala zachować normalność.

Do czasu.

W pewnej chwili człowiek może odkryć, że całą swoją energię zużywa już nie na budowanie dobrej relacji, lecz na ukrywanie tego, że jej nie ma.

Wtedy warto zadać sobie jedno pytanie bez oskarżania siebie, partnera ani całego świata:

Co właściwie próbuję jeszcze uratować?

Może małżeństwo.

Być może rodzinę.

Niewykluczone, że drugiego człowieka albo dzieci.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim może znajdować się również opinia otoczenia.

A czasem chronimy przede wszystkim obraz życia, o którym przez wiele lat przekonywaliśmy innych — i samych siebie — że jest dobre.

Najtrudniej bywa odejść nie od człowieka, lecz właśnie od tego obrazu.

Odpowiedź wcale nie musi prowadzić do rozstania. Może stać się początkiem pierwszej od lat szczerej rozmowy, terapii, postawienia granicy, zaprzestania ukrywania problemu albo powiedzenia drugiej osobie:

„Jeżeli naprawdę mamy ratować nasze małżeństwo, nie mogę już robić tego sama”.

Bo rodziny nie tworzy sam wspólny adres.

Nie tworzy jej zdjęcie z uroczystości, opinia sąsiadów ani fakt, że dwoje ludzi nadal nosi obrączki.

O jej jakości znacznie więcej mówi to, jak domownicy traktują się wtedy, kiedy nikt nie patrzy.

I może właśnie od tego pytania warto zacząć:

Czy w naszym domu jeszcze próbujemy się kochać — czy już tylko staramy się wyglądać, jakbyśmy się kochali?

Przeczytaj także – „Czym są toksyczne relacje? stawianiu granic poczuciu własnej wartości

Zapraszam również do Biblioteki lustra losu