Są słowa, których nie przyjęlibyśmy od obcego człowieka. Zdarzają się zachowania, po których bez większego wahania zakończylibyśmy znajomość z koleżanką, sąsiadem czy współpracownikiem. Potrafilibyśmy powiedzieć: „Nie życzę sobie, żebyś tak mnie traktował” — i odejść.
Wybaczanie w relacjach wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy rani nas ktoś, kogo kochamy. Wtedy granice zaczynają się przesuwać, a zachowania, których nie zaakceptowalibyśmy u obcej osoby, zaczynamy tłumaczyć, usprawiedliwiać i wybaczać.
Kiedy jednak dokładnie tak samo zachowuje się ktoś, kogo kochamy, granice zaczynają się przesuwać.
Jeszcze jeden raz.
Kolejna szansa.
Następne usprawiedliwienie.
Był zdenerwowany. Miała ciężki dzień. On taki już jest. Ona przecież nie chciała źle. To moja matka. To mój syn. To mój mąż. Znamy się tyle lat…
Nagle znajdujemy dziesiątki powodów, aby wybaczyć komuś, komu już dawno powinniśmy powiedzieć: dość.
Dlaczego właśnie wobec najbliższych jesteśmy gotowi przesuwać granice tak daleko?
Zawsze miała dla niej wytłumaczenie
Ewa miała starszą siostrę. Jako dzieci były sobie bardzo bliskie, chociaż już wtedy było wiadomo, która z nich ma silniejszy charakter.
Joanna potrafiła postawić na swoim. Gdy czegoś chciała, walczyła tak długo, aż to dostawała. Ewa była spokojniejsza. Nie lubiła awantur, źle znosiła napięcie w domu i szybko nauczyła się, że łatwiej ustąpić, niż przez pół dnia słuchać krzyków i pretensji.
— Daj jej, jesteś mądrzejsza — mówiła matka.
Ewa dawała.
Najpierw zabawkę.
Później nową bluzkę.
Innym razem pierwszeństwo w wyborze pokoju.
Mijały lata. Zmieniały się przedmioty, problemy i okoliczności, lecz zasada pozostawała ta sama.
Ewa ustępowała, bo była „mądrzejsza”.
Kiedy obie założyły własne rodziny, niewiele się zmieniło. Joanna nadal najczęściej dzwoniła wtedy, gdy czegoś potrzebowała. Raz chodziło o opiekę nad dzieckiem, innym razem o pożyczenie pieniędzy, załatwienie jakiejś sprawy albo pomoc ich starszej matce.
Siostra prawie nigdy nie odmawiała.
Nie dlatego, że miała za dużo czasu. Sama pracowała, prowadziła dom i wychowywała dzieci. Przez całe życie nosiła jednak w sobie przekonanie, że dobra siostra pomaga i nie zadaje zbędnych pytań.
Pewnego dnia role się odwróciły.
Ewa miała jechać do szpitala na zabieg. Nic poważnego, ale później nie mogła prowadzić samochodu. Poprosiła Joannę, żeby po nią przyjechała.
Usłyszała:
— Nie możesz wziąć taksówki? Mam swoje życie.
Jedno krótkie zdanie zabolało bardziej niż wiele wcześniejszych sytuacji.
Nie chodziło o taksówkę. Ewa bez problemu mogła ją zamówić.
Bolało odkrycie, że przez lata uważała ich relację za coś, czym być może nigdy nie była. Ona widziała wzajemność. Joanna przyzwyczaiła się raczej do tego, że siostra zawsze będzie dostępna.
Mimo tego kilka tygodni później, gdy pojawił się kolejny problem, Ewa znowu pomogła.
Dlaczego nie powiedziała „nie”?
Patrząc z boku, odpowiedź wydaje się banalnie prosta.
Nie szanuje cię? Odetnij się.
Wykorzystuje cię? Przestań pomagać.
Rani cię? Odejdź.
Życie oglądane z zewnątrz zawsze wygląda prościej.
Za jedną odmową Ewy stały przecież całe lata wspólnych doświadczeń: dzieciństwo, rodzice, rodzinne święta, wspomnienia, poczucie obowiązku i nadzieja, że któregoś dnia Joanna zrozumie, ile od siostry otrzymała.
Bliskich nie nosimy wyłącznie w teraźniejszości. Towarzyszy im cała wspólna historia.
Właśnie dlatego zachowanie osoby poznanej miesiąc temu oceniamy inaczej niż postępowanie kogoś obecnego w naszym życiu od trzydziestu lat.
Obcemu łatwiej przypisać odpowiedzialność. W przypadku kogoś bliskiego uruchamia się pamięć, sentyment, lojalność, a nieraz również poczucie winy.
I wtedy zamiast zapytać: „Dlaczego pozwalam się tak traktować?”, zastanawiamy się: „Co się z nim dzieje, że tak postąpił?”
To subtelna różnica, lecz potrafi zatrzymać człowieka w krzywdzącej relacji na wiele lat.
Najbardziej boli ten, po kim spodziewaliśmy się czegoś innego
Opryskliwy sprzedawca może zepsuć nam humor, lecz najczęściej po kilku godzinach przestajemy o nim myśleć.
Jedno zdanie wypowiedziane przez matkę, partnera, dziecko czy przyjaciela potrafi natomiast wracać przez wiele dni.
Nie chodzi wyłącznie o słowa.
Znaczenie ma przede wszystkim osoba, która je wypowiedziała.
Od przypadkowego człowieka nie oczekujemy miłości, lojalności ani troski. Wobec najbliższych takie oczekiwania są naturalne. Dajemy im dostęp do miejsc, których przed światem pilnie strzeżemy.
Znają nasze słabości. Wiedzą, czego się boimy. Pamiętają rzeczy, o których nikomu innemu nie powiedzieliśmy. Ich opinia waży więcej.
Im większe zaufanie, tym dotkliwsze może być rozczarowanie.
Nie dlatego, że jesteśmy słabi.
Dlatego, że zranienie przyszło z miejsca, które miało być bezpieczne.
Czasem chronimy nie człowieka, lecz własną nadzieję
Kobieta od lat czeka, aż mąż przestanie ją poniżać.
Ojciec wierzy, że dorosły syn wreszcie zacznie go szanować.
Córka po kolejnej przykrej rozmowie z matką obiecuje sobie, że już nigdy nie będzie zabiegała o jej uznanie. Kilka dni później znów próbuje.
Przyjaciółka po raz kolejny zdradza powierzony jej sekret, przeprasza i zapewnia, że sytuacja więcej się nie powtórzy.
Skąd bierze się gotowość do następnej szansy?
Przyjęcie prawdy bywa boleśniejsze niż kolejne rozczarowanie.
Trzeba byłoby dopuścić do siebie myśl:
„Być może ta osoba nigdy nie da mi tego, na co czekam.”
A to oznacza pożegnanie nie tylko z pewnym wyobrażeniem o niej. Niekiedy trzeba również rozstać się z przyszłością, którą przez lata budowaliśmy we własnej głowie.
Łatwiej jeszcze raz uwierzyć.
Poczekać trochę dłużej.
Znaleźć nowe wytłumaczenie.
Nadzieja jest piękna, dopóki pomaga żyć. Staje się ciężarem, gdy przez lata każe trwać w miejscu, w którym wciąż dzieje się to samo.
„Ale przecież on nie zawsze taki jest”
I najczęściej rzeczywiście nie jest.
Osoby, które nas ranią, rzadko zachowują się źle bez przerwy.
Partner, który wczoraj powiedział coś okrutnego, dziś może przygotować śniadanie i być czuły.
Krytyczna matka potrafi jednocześnie bardzo troszczyć się o córkę.
Dorosłe dziecko traktujące rodzica instrumentalnie może któregoś dnia przyjechać, przytulić go i spędzić z nim cudowne popołudnie.
Właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że ocena relacji staje się tak trudna.
Gdyby ktoś krzywdził bez przerwy, decyzja byłaby znacznie łatwiejsza. Dobre chwile budzą jednak wątpliwości wobec własnej oceny tych złych.
Może przesadzam?
Przecież potrafi być dobry.
Może rzeczywiście za dużo wymagam?
Tyle że jedno nie wyklucza drugiego.
Ktoś może mieć wiele dobrych cech, a jednocześnie traktować nas w sposób, którego nie powinniśmy akceptować.
Nie musimy wybierać pomiędzy stwierdzeniem: „to dobry człowiek” a „ten człowiek mnie rani”. Niekiedy oba zdania są prawdziwe.
Rodzina — słowo, które potrafi zamknąć usta
Wielu z nas wychowano w przekonaniu, że rodzinie wybacza się wszystko.
Matkę ma się jedną.
Ojciec pozostanie ojcem.
Rodzeństwo to rodzeństwo.
Własnego dziecka się nie odrzuca.
Kryje się w tym piękna idea więzi, lojalności i odpowiedzialności za najbliższych. Problem pojawia się wtedy, gdy miłość zaczynamy mylić z obowiązkiem znoszenia wszystkiego.
Miłość do matki nie oznacza zgody na to, by obrażała naszego współmałżonka.
Dorosłemu synowi wolno odmówić kolejnej pożyczki, nawet jeśli bardzo go kochamy.
Więź z siostrą nie zobowiązuje do nieustannego ratowania jej z problemów, których sama nie chce rozwiązać.
Bywa również, że uczucie pozostaje, choć wspólne życie przestało być możliwe.
Postawienie granicy nie musi oznaczać braku miłości. Niekiedy oznacza jedynie, że wreszcie przestaliśmy pomijać samych siebie.
Wybaczyć nie znaczy pozwolić na powtórkę
Wokół wybaczenia narosło wiele nieporozumień.
Często słyszymy: „Wybacz, będzie ci lżej”.
Tylko co właściwie kryje się za tym słowem?
Czy wybaczenie oznacza, że należy ponownie zaufać?
Nie.
Czy wszystko powinno wrócić do dawnego porządku, jak gdyby nic się nie wydarzyło?
Również nie.
A może trzeba dać następną szansę?
Niekoniecznie.
Da się przestać nosić w sobie gniew, a jednocześnie nie otwierać ponownie drzwi, przez które wcześniej weszło cierpienie.
Zaufanie nie jest nagrodą za przeprosiny. Odbudowuje się je zachowaniem.
Jeśli ktoś mówi „przepraszam”, a po tygodniu postępuje dokładnie tak samo, znacznie więcej niż deklaracja mówi powtarzający się schemat.
Słowa mogą być szczere w chwili, w której padają.
Dopiero późniejsze postępowanie pokazuje, ile naprawdę były warte.
Najbardziej boimy się czasem pustki, która zostanie
Nawet trudna relacja zajmuje określone miejsce w naszym życiu.
Po jej ograniczeniu pozostaje pustka.
Może zabraknąć niedzielnego telefonu. Wspólne święta nie będą już wyglądały tak samo. Część rodziny stanie być może po drugiej stronie. Ktoś zapyta, dlaczego „robimy problemy”, a ktoś inny uzna, że przesadzamy.
Zdarza się więc, że trwamy przy drugiej osobie nie dlatego, że jest nam z nią dobrze, lecz dlatego, że boimy się ceny zmiany.
Znane cierpienie potrafi wydawać się mniej przerażające niż nieznane życie po zakończeniu dotychczasowego układu.
Nie dotyczy to wyłącznie małżeństw.
Przyjaźń może dawno przestać być przyjaźnią, choć nadal kurczowo się jej trzymamy. Dorosła córka przez lata zabiega o uznanie rodzica, który nigdy nie potrafił go dać. Matka pozwala dorosłemu dziecku przekraczać kolejne granice ze strachu, że jeśli raz usłyszy ono „nie”, przestanie przyjeżdżać.
W pewnym momencie pytanie:
„Dlaczego on mnie tak traktuje?”
przestaje wystarczać.
Pojawia się drugie, znacznie trudniejsze:
„Dlaczego, mimo że mnie to rani, wciąż zgadzam się na taki układ?”
Odpowiedź wymaga spojrzenia nie tylko na zachowanie drugiej osoby, lecz także na własne decyzje.
I właśnie tutaj często zaczyna się prawdziwa zmiana.
Ewa powiedziała „nie”
Nie wydarzyło się to podczas wielkiej awantury.
Kilka miesięcy po historii ze szpitalem Joanna zadzwoniła z prośbą o pieniądze.
Ewa miała oszczędności. Mogła jej pomóc.
Pierwszy odruch był taki jak zawsze. Już prawie powiedziała: „Dobrze”.
Tym razem jednak odpowiedziała:
— Nie. Nie pożyczę ci tych pieniędzy.
Joanna się obraziła.
Przypomniała kilka dawnych sytuacji, oskarżyła siostrę o egoizm, a na końcu rzuciła:
— Bardzo się zmieniłaś.
Te słowa długo nie dawały Ewie spokoju.
W końcu pomyślała, że Joanna ma rację.
Zmieniła się.
Po raz pierwszy jednak nie potraktowała tego jak zarzutu.
Może rzeczywiście przestała być osobą, która zawsze ustępuje.
Może nie chciała już zasługiwać na miano „tej mądrzejszej”, jeśli ceną za nie miało być nieustanne rezygnowanie z siebie.
Gdzie kończy się wybaczenie, a zaczyna przyzwolenie?
Nie istnieje odpowiedź odpowiednia dla każdej relacji.
Wszyscy popełniamy błędy. Zdarza nam się powiedzieć coś, czego później żałujemy. Emocje potrafią popchnąć do zachowania, którego sami się po sobie nie spodziewaliśmy. Niektórzy naprawdę rozumieją swój błąd i zmieniają postępowanie.
Z tego powodu pojedyncze zranienie nie musi oznaczać końca więzi.
Znacznie więcej mówi powtarzalność.
Czy druga osoba bierze odpowiedzialność za swoje postępowanie?
Potrafi przeprosić bez natychmiastowego dodawania: „ale ty też…”?
A może za słowami i rozmową idzie również rzeczywista zmiana?
Jak reaguje na wyznaczoną granicę?
Czy w jej obecności możemy być sobą, czy bez przerwy pilnujemy każdego słowa?
Czy obie strony dają coś od siebie, czy jedna głównie pomaga, rozumie i wybacza?
Jednorazowy błąd jest czymś zupełnie innym niż stały sposób traktowania drugiego człowieka.
Najtrudniejsza granica przebiega niekiedy we własnym sercu
Pół życia można spędzić na próbach zmieniania innych.
Czekając na przeprosiny.
Licząc na zrozumienie.
Pragnąc wdzięczności.
Wierząc, że któregoś dnia ktoś wreszcie dostrzeże, ile dla niego zrobiliśmy.
Nie nad wszystkim mamy kontrolę.
Możemy tłumaczyć, prosić i próbować dotrzeć do drugiego człowieka, ale nie nauczymy go szacunku, wdzięczności ani dojrzałości. Nie sprawimy też, że nagle spojrzy na przeszłość naszymi oczami i dostrzeże w niej to, czego wcześniej nie chciał zobaczyć.
Wpływ mamy natomiast na to, ile razy zgodzimy się uczestniczyć w tym samym schemacie.
Uczucie nie musi zniknąć.
Nienawiść także nie jest konieczna.
Nieraz wystarczy przestać tłumaczyć zachowania, które od dawna widzimy bardzo wyraźnie.
Wybaczenie może być pięknym gestem.
Druga szansa również.
Nawet trzecia bywa potrzebna.
Jeśli jednak każda następna prowadzi dokładnie do tego samego miejsca, warto w końcu przestać pytać, ile jeszcze potrafimy wybaczyć.
Być może ważniejsze jest inne pytanie:
Ile jeszcze jesteśmy gotowi stracić, żeby nie stracić człowieka, który wciąż nas rani?
Przeczytaj również – Oddała dzieciom wszystko. Na starość usłyszała: „Mamo, przecież masz emeryturę”
W pracy była niezastąpiona. Kiedy zachorowała, zastąpili ją w tydzień
Czy żyjemy w małżeńskim Matriksie? Dlaczego bardziej chronimy związek niż ludzi
Przeczytaj ksiązki Ireny Dudek – biblioteka lustra losu