Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Dlaczego dla obcych jesteśmy milsi niż dla własnych bliskich?

Dlaczego dla obcych jesteśmy milsi niż dla własnych bliskich?

Wyobraź sobie zwyczajny poranek.

Mąż pyta żonę, czy widziała jego klucze.

— A skąd mam wiedzieć? Zawsze gdzieś je rzucisz, a potem wszyscy mają szukać!

Chwilę później dzwoni telefon. Kobieta odbiera i jej głos natychmiast się zmienia.

— Dzień dobry! Oczywiście, proszę bardzo. Żaden problem.

Nie dotyczy to wyłącznie małżeństw.

Jak to możliwe, że w ciągu kilkunastu sekund potrafimy przejść od zirytowanego tonu do uprzejmości godnej recepcji pięciogwiazdkowego hotelu? Dlaczego bliskie relacje, choć są dla nas najważniejsze, tak często dostają mniej cierpliwości i uprzejmości niż kontakty z obcymi ludźmi?

W sklepie uśmiechamy się do kasjerki. Obcej osobie przytrzymujemy drzwi, a gdy przypadkiem kogoś potrącimy, odruchowo przepraszamy. W pracy pilnujemy tonu, nawet jeśli kolega działa nam na nerwy.

Po powrocie do domu cały ten dyplomatyczny talent gdzieś znika.

Kiedy mama dzwoni trzeci raz, odbieramy zniecierpliwieni: „No co znowu?”. Dziecko zadaje pytanie w nieodpowiedniej chwili i słyszy: „Poczekaj, przecież widzisz, że coś robię”. Partner chce nam coś opowiedzieć, lecz nawet nie odrywamy wzroku od telefonu.

Najdziwniejsze jest to, że ludziom, których kochamy najbardziej, pokazujemy niekiedy najmniej uprzejmą wersję siebie.

Skąd bierze się ten paradoks?

Przy obcych bardziej się pilnujemy

W kontaktach z ludźmi, których słabo znamy, działa naturalny hamulec.

Chcemy być dobrze odebrani. Zależy nam, żeby nie wyjść na osoby niegrzeczne, konfliktowe czy aroganckie. Kontrolujemy więc słowa, mimikę oraz ton głosu.

Jeżeli kelner pomyli zamówienie, wielu z nas powie:

— Przepraszam, ale chyba zamawiałam coś innego.

Gdyby podobną pomyłkę popełnił partner podczas zakupów, reakcja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:

— Przecież mówiłam ci dokładnie, co masz kupić!

Sytuacja podobna, osoba inna, a wraz z nią zmienia się sposób, w jaki reagujemy.

Wobec obcych uruchamiamy większą samokontrolę. W domu czujemy się bezpiecznie, dlatego pozwalamy emocjom wychodzić na powierzchnię znacznie swobodniej.

Bezpieczeństwo, które powinno być jedną z największych zalet bliskiej relacji, ma więc również swoją pułapkę.

„Przecież on wie, że go kocham”

Najbliższym rzadziej tłumaczymy swoje intencje.

Zakładamy, że nas znają.

Mąż powinien wiedzieć, że nie chciałam go urazić. Córka rozumie przecież, że jestem zmęczona. Mama na pewno zdaje sobie sprawę, ile mam pracy.

W ten sposób powstaje coś w rodzaju emocjonalnego kredytu.

Pozwalamy sobie na więcej, ponieważ jesteśmy przekonani, że druga osoba zna nasze prawdziwe uczucia.

Tyle że nawet największa miłość nie sprawia, że przykre słowa przestają boleć.

Świadomość, że ktoś nas kocha, nie chroni przed zranieniem jego tonem, lekceważeniem czy zniecierpliwieniem.

Bliskość nie daje odporności na brak szacunku.

Domownicy dostają zmęczenie, którego nie pokazaliśmy światu

Rano wychodzimy z domu i zaczynamy funkcjonować dla świata.

W pracy zachowujemy spokój. W sklepie cierpliwie czekamy. Podczas rozmowy telefonicznej jesteśmy uprzejmi, a na spotkaniu słuchamy, choć najchętniej spojrzelibyśmy na zegarek. Ktoś nas zdenerwuje, lecz zaciskamy zęby, ponieważ nie wypada urządzać awantury.

Przez wiele godzin kontrolujemy emocje.

Wieczorem wracamy tam, gdzie wreszcie możemy przestać się pilnować.

W rezultacie to domownicy dostają nasze zmęczenie, napięcie oraz irytację nagromadzoną w ciągu dnia.

Paradoks polega na tym, że najlepszą wersję siebie potrafimy rozdawać światu, a domowi zostawiać resztki cierpliwości.

Nie świadczy to o tym, że rodzina znaczy dla nas mniej. Często zachowujemy się tak dlatego, że właśnie przy niej czujemy się najbezpieczniej.

Tyle że dla osoby, która słyszy opryskliwą odpowiedź, powód nie zawsze ma znaczenie.

Kiedy codzienność staje się oczywistością

Na początku związku zwykle zachowujemy się inaczej.

Słuchamy uważniej. Pytamy, czy druga osoba bezpiecznie dotarła do domu. Dziękujemy za drobiazgi, zauważamy nową fryzurę, pamiętamy o ulubionej kawie.

Po latach wiele takich gestów zaczyna wydawać się czymś naturalnym.

Ktoś codziennie przygotowuje śniadanie, więc przestajemy je zauważać. Partner odwozi nas do lekarza — przecież to normalne. Żona pamięta o rachunkach, mąż naprawia cieknący kran, mama dzwoni zapytać, jak się czujemy.

Powoli wszystko przechodzi z kategorii „gest” do kategorii „codzienność”.

A za codzienność rzadko dziękujemy.

Znacznie łatwiej dostrzec jedną rzecz, której ktoś nie zrobił, niż dziesięć wykonanych bez przypominania.

Dlatego po latach w wielu domach częściej słychać:

„Nie wyniosłeś śmieci”

niż:

„Dziękuję, że zrobiłeś zakupy”.

Im bliższa relacja, tym lepiej znamy swoje słabe miejsca

Obca osoba nie wie, czego się boimy ani co najbardziej potrafi nas zranić.

Partner po dwudziestu latach zna nasze kompleksy, dawne porażki, rodzinne historie i rzeczy, których się wstydzimy. Wie również, które zdanie może trafić w najczulszy punkt.

To wiedza wynikająca z ogromnego zaufania.

Niestety podczas kłótni potrafi zamienić się w broń.

W emocjach padają słowa, których nigdy nie powiedzielibyśmy koledze z pracy czy przypadkowo spotkanej osobie.

„Jesteś dokładnie taki jak twój ojciec”.

„Z tobą zawsze jest ten sam problem”.

„Nic dziwnego, że wcześniej też ci się nie udało”.

Kłótnia się kończy, napięcie opada, następnego dnia życie wraca do swojego rytmu.

Wypowiedzianego zdania nie da się jednak cofnąć.

Nieraz ten, kto powiedział coś w złości, zapomina o tym znacznie szybciej niż osoba, która musiała tego wysłuchać.

Dlaczego obcych przepraszamy odruchowo, a z bliskimi walczymy o rację?

W sklepie wystarczy lekko potrącić kogoś koszykiem.

— Och, przepraszam!

Słowo pojawia się niemal automatycznie.

W domu podobne „przepraszam” potrafi utknąć w gardle. Zamiast niego rozpoczyna się półgodzinne udowadnianie, dlaczego właściwie mieliśmy prawo powiedzieć to, co powiedzieliśmy.

„Bo ty też…”

„Gdybyś wcześniej…”

„Powiedziałam tak, ponieważ mnie zdenerwowałeś”.

W bliskiej relacji znacznie więcej jest do stracenia emocjonalnie. Przyznanie się do błędu może zostać odebrane jak przegrana w sporze, zwłaszcza jeśli przez lata para przyzwyczaiła się do liczenia, kto częściej ma rację.

Tymczasem przeprosiny nie muszą oznaczać kapitulacji.

Da się nadal uważać, że mieliśmy powód do złości, a równocześnie powiedzieć:

„Byłam zdenerwowana, ale nie powinnam była tak się do ciebie odezwać”.

To dwie różne sprawy.

Z rodzicami także przestajemy uważać

Ten mechanizm nie dotyczy jedynie partnerów.

Dorosła córka potrafi przez czterdzieści minut cierpliwie słuchać koleżanki, która po raz kolejny opowiada o tym samym problemie.

Wieczorem dzwoni mama.

— Mówiłam ci, że spotkałam dzisiaj tę panią, która kiedyś mieszkała…

— Mamo, już mi to opowiadałaś!

Być może rzeczywiście opowiadała.

Warto jednak zastanowić się, czy koleżance odpowiedzielibyśmy takim samym tonem.

Rodzice szczególnie łatwo stają się dla dorosłych dzieci czymś oczywistym.

Mama zawsze była. Tata zawsze odbierał telefon. Ich obecność wydaje się stałym elementem naszego świata.

Aż przychodzi dzień, w którym telefon milczy.

Wtedy nieraz oddalibyśmy bardzo wiele, żeby jeszcze raz usłyszeć historię, którą wcześniej słyszeliśmy już dziesięć razy.

Własnym dzieciom też łatwiej okazać zniecierpliwienie

Dorosłym często wydaje się, że dzieci szybko zapominają.

Mama krzyknęła, później zrobiła kolację i wszystko wróciło do normy. Tata powiedział coś ostrego, lecz przecież był zdenerwowany.

Dziecko nie zawsze potrafi zrozumieć taki kontekst. Może za to zapamiętać ton głosu, spojrzenie albo jedno zdanie.

Co ciekawe, wobec cudzych dzieci nierzadko mamy więcej cierpliwości.

Dziecko znajomych rozleje sok:

— Nic się nie stało, zaraz wytrzemy.

Własne zrobi dokładnie to samo:

— Ile razy mam ci mówić, żebyś uważał?!

Rodzicielstwo oznacza tysiące podobnych sytuacji i nikt nie będzie reagował idealnie każdego dnia. Mimo to warto od czasu do czasu przyjrzeć się własnym reakcjom.

Skąd bierze się łagodność dla dziecka, które widzimy raz na miesiąc, skoro tak łatwo brakuje jej wobec tego, które kochamy najbardziej?

Tych, którzy są najbliżej, najłatwiej uznać za pewnik

Być może tutaj znajduje się sedno.

Przy obcych wiemy, że relacja jest krucha. Jeśli zachowamy się źle, druga osoba może już do nas nie wrócić.

Rodzina wydaje się czymś trwałym.

Mąż jest obok. Żona również. Mama zadzwoni jutro, a dzieci przyjadą w niedzielę.

Właśnie dlatego dobre słowa tak łatwo odkładamy na później.

Podziękuję innym razem. Zadzwonię jutro. Powiem, że jestem dumna, kiedy pojawi się odpowiednia okazja. Przeproszę, gdy emocje opadną.

Życie ma jednak irytujący zwyczaj nieinformowania nas, która rozmowa jest ostatnia.

Uprzejmość nie powinna kończyć się za drzwiami własnego domu

Nie chodzi o to, żeby rodzina zaczęła rozmawiać ze sobą oficjalnym tonem.

Dom powinien być miejscem, w którym możemy zdjąć maskę, przyznać, że mamy zły dzień, zdenerwować się, pomilczeć albo powiedzieć, że nie mamy na nic siły.

Na tym między innymi polega bliskość.

Istnieje jednak różnica między swobodą a brakiem szacunku.

Nawet będąc zmęczonym, da się powiedzieć:

„Daj mi dziesięć minut, jestem wykończona”.

Zamiast:

„Daj mi wreszcie święty spokój”.

Sens jest podobny.

Ślad pozostawiony w drugiej osobie — zupełnie inny.

A gdyby przez jeden dzień potraktować bliskich tak uprzejmie jak obcych?

Brzmi trochę absurdalnie.

Warto jednak wyobrazić sobie jeden zwyczajny dzień, podczas którego zwracamy się do najbliższych z taką samą uprzejmością, jaką automatycznie okazujemy ludziom poza domem.

Zamiast rozkazywać, prosimy. Za coś wykonywanego każdego dnia zwyczajnie dziękujemy. Podczas rozmowy pozwalamy drugiej osobie skończyć zdanie i odkładamy telefon, kiedy opowiada o czymś dla niej ważnym. Jeśli przesadzimy, przyznajemy to bez dopisywania na końcu: „ale ty też…”.

To drobiazgi.

Prawdopodobnie nikt nie zrobi im zdjęcia ani nie pochwali się nimi w mediach społecznościowych.

A przecież właśnie z takich drobnych zachowań powstaje atmosfera domu.

Najwięcej serdeczności powinno zostać w domu

Światu potrafimy dawać bardzo wiele.

Uśmiech kasjerce, cierpliwość klientowi, uprzejmość sąsiadowi, dobre słowo znajomej czy przeprosiny skierowane do kogoś, kogo przypadkiem potrąciliśmy na ulicy.

To wszystko jest potrzebne.

Szkoda tylko, gdy po powrocie do domu okazuje się, że dla najważniejszych osób zabrakło łagodnego tonu, zainteresowania i zwyczajnego „dziękuję”.

Być może warto od czasu do czasu spojrzeć na osobę siedzącą naprzeciwko przy kuchennym stole i przypomnieć sobie, że jej obecność nie jest czymś zagwarantowanym na zawsze.

Chodzi nie o życie w strachu przed stratą, lecz o to, żeby przestać traktować bliskość jak oczywistość.

Bo paradoksalnie najwięcej uprzejmości okazujemy czasem ludziom, którzy za chwilę znikną z naszego życia, a najmniej tym, z którymi chcielibyśmy przeżyć je do końca.

Może więc właśnie od nich powinny zaczynać się nasze najzwyklejsze słowa:

„Proszę”. „Dziękuję”. „Przepraszam”. „Jak się dzisiaj czujesz?”

Przeczytaj również – Dlaczego po latach pamiętamy jedno zdanie, a zapominamy całe rozmowy

Kiedy przeszłość nie pozwala żyć. Dlaczego jedni zaczynają od nowa, a inni nie potrafią ruszyć dalej?

Jak odzyskać spokój?

Zaprasza do przeczytania książek Ireny Dudek – Biblioteka lustra losu