Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Dlaczego boimy się odejść z nieszczęśliwego związku?

Dlaczego boimy się odejść z nieszczęśliwego związku?

Z boku wszystko czasem wydaje się proste.

„Skoro jesteś nieszczęśliwa, odejdź.”

„Przecież widzisz, że ten związek Ci nie służy.”

„Po co z nim jesteś, skoro ciągle cierpisz?”

„Ja na Twoim miejscu dawno bym to zakończyła.”

Łatwo wypowiedzieć takie zdania, kiedy stoi się poza cudzym życiem. Znacznie trudniej podjąć decyzję, gdy za jednym słowem „odejdź” kryją się wspólne lata, dzieci, mieszkanie, kredyt, pieniądze, rodzina, przyzwyczajenia, wspomnienia, strach przed samotnością, a czasem również resztki miłości i nadzieja, że może jeszcze wszystko się zmieni.

Człowiek może więc doskonale wiedzieć, że nie jest szczęśliwy, a mimo to przez miesiące lub lata pozostawać w związku, który coraz bardziej go przytłacza. Problem nie zawsze polega na tym, że nie dostrzega prawdy. Niekiedy widzi ją aż za dobrze, lecz nie potrafi zdecydować, czy bardziej przeraża go dalsze życie w tej relacji, czy rozpoczęcie życia bez niej.

Właśnie dlatego odejście z nieszczęśliwego związku bywa znacznie trudniejsze, niż wydaje się osobom patrzącym z zewnątrz.

Nieszczęśliwy związek nie zawsze jest nieszczęśliwy przez cały czas

Gdyby każdy dzień był koszmarem, decyzja mogłaby być znacznie prostsza. Tymczasem między konfliktami zdarzają się spokojne wieczory, wspólny śmiech, rodzinny obiad, udany wyjazd albo chwila czułości przypominająca dawne czasy.

W takich momentach wraca nadzieja.

„Może jednak nie jest tak źle.”

„Ostatnio naprawdę się stara.”

„Przecież kiedyś byliśmy szczęśliwi.”

„Może przechodzimy tylko trudniejszy okres.”

Zaczynamy wtedy czekać na powrót relacji, którą pamiętamy z początku. Niekiedy kochamy już nie tyle to, co istnieje obecnie, ile wspomnienie tego, co było, oraz wyobrażenie tego, czym związek jeszcze mógłby się stać.

Takie oczekiwanie potrafi trwać bardzo długo, ponieważ każda dobra chwila zdaje się potwierdzać, że warto dać jeszcze jedną szansę.

Strach przed samotnością potrafi być silniejszy niż ból relacji

„Przynajmniej kogoś mam.”

Jedno krótkie zdanie może zatrzymać człowieka w bardzo nieszczęśliwym miejscu, szczególnie po wielu wspólnie przeżytych latach.

Trudno wyobrazić sobie puste mieszkanie, samotne święta, weekendy bez drugiej osoby czy zasypianie w pustym łóżku, kiedy przez kilkanaście albo kilkadziesiąt lat niemal wszystko było „nasze”. Do tego dochodzi lęk przed tym, z kim będziemy wyjeżdżać, do kogo zadzwonimy wieczorem i jak właściwie będzie wyglądała zwyczajna codzienność.

W głowie pojawiają się kolejne pytania:

„Czy jeszcze kogoś poznam?”

„Kto mnie zechce w tym wieku?”

„A jeśli zostanę sama już na zawsze?”

„Czy nie będę żałowała?”

Wyobraźnia potrafi stworzyć bardzo niesprawiedliwe porównanie. Po jednej stronie znajduje się znany związek, który wprawdzie boli, ale którego reguły dobrze znamy. Po drugiej widzimy kompletną niewiadomą wypełnioną najgorszymi scenariuszami.

W rezultacie nie porównujemy nieszczęśliwej relacji z możliwym spokojnym życiem po rozstaniu. Zestawiamy ją z własnym największym lękiem dotyczącym samotności.

Nic dziwnego, że znane czasami wygrywa.

Przywiązanie nie znika wraz ze szczęściem

Można cierpieć przy kimś i nadal być do niego bardzo przywiązanym. Nie ma w tym sprzeczności.

Wspólne życie tworzy tysiące drobnych połączeń: własne powiedzenia, rytuały, miejsca, znajomych, wspomnienia, zdjęcia, rodzinne historie i codzienne zwyczaje. Nawet rzeczy, które wcześniej irytowały, po rozstaniu potrafią nagle stać się bolesnym przypomnieniem czyjejś nieobecności.

Decyzja o odejściu nie zawsze oznacza więc:

„Już nic do Ciebie nie czuję.”

Znacznie częściej może brzmieć:

„Nadal coś do Ciebie czuję, ale wiem, że sposób, w jaki razem żyjemy, nie jest dla mnie dobry.”

Taka decyzja wymaga znacznie więcej siły niż odejście od człowieka, który stał się nam całkowicie obojętny.

„Tyle lat razem…”

Pięć lat.

Piętnaście.

Trzydzieści.

Im dłużej trwa związek, tym łatwiej uwierzyć, że jego zakończenie oznaczałoby zmarnowanie całej wspólnej historii.

„Poświęciłam mu najlepsze lata.”

„Tyle razem zbudowaliśmy.”

„Nie mogę teraz wszystkiego przekreślić.”

Zakończenie relacji nie sprawia jednak, że wszystko, co wydarzyło się wcześniej, nagle staje się bezwartościowe. Mogły istnieć dobre lata, prawdziwe uczucia i piękne wspomnienia, nawet jeśli z czasem wspólne życie przestało być dobre.

Przeszłości nie trzeba unieważniać, aby uczciwie spojrzeć na teraźniejszość.

Znacznie ważniejsze staje się inne pytanie:

Czy lata, które już poświęciłam tej relacji, powinny automatycznie zdecydować również o latach, które dopiero przede mną?

Przeszłość jest faktem. Przyszłość nadal pozostaje wyborem.

Pieniądze potrafią zatrzymać skuteczniej niż uczucia

O odejściu bardzo łatwo mówić w teorii. Prawdziwe życie wymaga jednak mieszkania, opłacania rachunków, kupowania jedzenia, utrzymywania dzieci i regulowania wspólnych zobowiązań.

Osoba, która przez lata nie pracowała zawodowo albo zarabia znacznie mniej od partnera, może mieć przed sobą nie tylko problem emocjonalny, lecz również bardzo konkretny problem ekonomiczny.

Gdzie zamieszkam?

Czy wystarczy mi na czynsz?

Jak podzielimy majątek?

Co z kredytem?

Czy utrzymam dzieci?

Czy znajdę pracę po tak długiej przerwie?

Takich obaw nie można zbywać zdaniem: „Pieniądze to nie wszystko”. Oczywiście nie są wszystkim, ale rachunki pozostają realne.

Droga do zmiany może więc rozpocząć się znacznie wcześniej niż samo rozstanie. Dla jednej osoby będzie oznaczała zdobywanie nowych kwalifikacji, dla innej szukanie zatrudnienia, poznanie swojej sytuacji finansowej, odkładanie pieniędzy albo stopniowe odzyskiwanie samodzielności.

Pierwszym krokiem do odejścia nie zawsze jest spakowanie walizki. Niekiedy jest nim odzyskanie możliwości wyboru.

Dzieci — zostać dla nich czy odejść dla nich?

To jeden z najtrudniejszych dylematów.

„Nie chcę rozbijać rodziny.”

„Dzieci potrzebują obojga rodziców.”

„Wytrzymam, dopóki nie dorosną.”

Nie istnieje jedna odpowiedź pasująca do każdej rodziny. Kryzys pomiędzy partnerami nie oznacza automatycznie, że rozstanie jest jedynym rozwiązaniem, podobnie jak wspólny adres nie gwarantuje dzieciom spokojnego i bezpiecznego domu.

Dzieci obserwują bowiem znacznie więcej niż to, czy rodzice mieszkają razem. Widzą sposób prowadzenia rozmów, wzajemny szacunek albo jego brak, napięcie, konflikty, milczenie, poniżanie i codzienną atmosferę panującą w domu.

Z takich doświadczeń może powstawać ich pierwsze wyobrażenie o miłości i bliskości.

Zamiast zatrzymywać się więc wyłącznie przy pytaniu „czy zostać dla dzieci?”, warto zastanowić się również:

„Czego moje dzieci uczą się o miłości, obserwując naszą relację?”

Cudze opinie potrafią trzymać nas w miejscu

Symbolicznie w związku bywają obecne nie tylko dwie osoby. Siedzą w nim również rodzice, teściowie, znajomi, sąsiedzi oraz wszystkie przekonania, które przez lata zdążyliśmy przyswoić.

„Co ludzie powiedzą?”

„W naszej rodzinie nikt się nie rozwodził.”

„Rodzice będą załamani.”

„Wszyscy uważają nas za idealną parę.”

„Będzie wstyd.”

Można przez wiele lat podtrzymywać relację, która znakomicie wygląda z zewnątrz, a zupełnie inaczej funkcjonuje za zamkniętymi drzwiami.

Tylko ludzie, których opinii tak bardzo się obawiamy, nie będą później żyli naszym życiem. Nie zasną obok człowieka, z którym nie potrafimy już rozmawiać, nie przeżyją naszych konfliktów ani nie poczują codziennego osamotnienia.

Być może skomentują decyzję przez kilka dni.

My będziemy żyli z jej konsekwencjami przez kolejne lata.

„Może wymagam za dużo?”

Długotrwałe problemy mogą sprawić, że człowiek przestaje ufać własnej ocenie.

Może każdy związek tak wygląda?

Może oczekuję zbyt wiele?

Przecież nikt nie jest idealny.

Rzeczywiście, nie istnieją związki bez konfliktów, rozczarowań i okresów mniejszej bliskości. Dwoje ludzi może się różnić, złościć na siebie, przechodzić kryzysy, a nawet przez pewien czas zastanawiać się, czy nadal chcą być razem.

Istotniejsze od samego pojawienia się problemów jest jednak to, co dzieje się z nimi później.

Potraficie o nich rozmawiać?

Obie strony próbują coś zmienić?

W relacji nadal istnieje wzajemny szacunek?

Odpowiedzialność za naprawę związku spoczywa na dwojgu czy nieustannie na jednej osobie?

Po rozmowach następuje rzeczywista zmiana, czy wyłącznie kolejna obietnica?

Kryzys nie musi oznaczać końca. Wieloletnia obojętność na cierpienie drugiego człowieka jest jednak czymś zupełnie innym.

Nadzieja na zmianę może przedłużać czekanie w nieskończoność

„Jeszcze jedna szansa.”

Potem kolejna.

I następna.

Przez lata można żyć pomiędzy rozczarowaniem a nadzieją. Po poważnej rozmowie partner zaczyna się starać, przez kilka tygodni jest inaczej, pojawia się ulga, a wraz z nią przekonanie, że najgorsze już minęło.

Po pewnym czasie wszystko wraca.

Dochodzi do następnej rozmowy, padają nowe obietnice i znowu przez chwilę jest lepiej.

W takiej sytuacji nie warto oceniać zmiany na podstawie najbardziej udanego tygodnia.

Patrz na wzorzec, nie na wyjątek.

Prawdziwa zmiana nie polega wyłącznie na poprawie zachowania wtedy, gdy ktoś boi się naszego odejścia. Jej trwałość najlepiej widać później, kiedy kryzys mija i nie trzeba już nikogo przekonywać.

Trudno przyznać, że mogliśmy dokonać złego wyboru

Rozstanie bywa odczuwane jak osobista porażka, zwłaszcza kiedy wcześniej broniliśmy tego związku przed całym światem.

Rodzina ostrzegała.

Przyjaciele mieli wątpliwości.

My odpowiadaliśmy:

„Nie znacie go tak jak ja.”

Po latach przyznanie, że relacja jednak się nie udała, może boleć podwójnie, ponieważ oprócz rozstania pojawia się lęk przed słowami:

„A nie mówiłam?”

Zdarza się więc, że człowiek przestaje bronić samego związku, a zaczyna bronić własnej dawnej decyzji.

Tymczasem zmiana zdania pod wpływem nowych doświadczeń nie jest dowodem głupoty. Może świadczyć o dojrzałości i gotowości do spojrzenia na rzeczywistość taką, jaka jest.

Fakt, że kiedyś wybrałaś tę osobę, nie oznacza obowiązku udowadniania przez resztę życia, że tamta decyzja była właściwa.

Własna tożsamość mogła zniknąć w słowie „my”

Po wielu latach związku pytanie „kim jestem bez niego?” potrafi naprawdę przestraszyć.

Wspólni znajomi, weekendy, podział obowiązków, rodzinne tradycje i plany sprawiają, że granica pomiędzy „ja” i „my” staje się coraz mniej widoczna.

Po rozstaniu trzeba czasem na nowo odkryć odpowiedzi na bardzo podstawowe pytania.

Co lubię?

Jak chcę spędzać czas?

Dokąd chciałabym pojechać?

Z kim chcę się spotykać?

Jak ma wyglądać moje mieszkanie?

Co właściwie chcę zrobić z dalszym życiem?

Odzyskiwanie własnej odrębności po wielu latach wspólnego podejmowania decyzji może być jednocześnie przerażające i niezwykle uwalniające.

Przyzwyczajenie daje pozorne bezpieczeństwo

Człowiek potrafi oswoić się nawet z sytuacją, która go unieszczęśliwia.

Wie, o której partner wróci, jak zareaguje, o co będzie następna kłótnia, kiedy zapanuje cisza i co należy powiedzieć, żeby uniknąć kolejnego konfliktu.

Znane cierpienie może wydawać się bezpieczniejsze niż nieznana przyszłość, ponieważ przynajmniej potrafimy je przewidzieć.

Przewidywalność nie jest jednak tym samym co bezpieczeństwo ani szczęście.

Niejednokrotnie człowiek nie pozostaje dlatego, że jest mu dobrze. Zostaje, ponieważ nauczył się funkcjonować w tym, co jest.

A jeśli nadal kocham?

Uczucie nie musi zniknąć w chwili, gdy zaczynamy rozumieć, że relacja przestała działać.

Można kogoś kochać i jednocześnie wiedzieć, że nie potrafimy razem dobrze żyć. Da się pamiętać jego dobre strony, a równocześnie dostrzegać zachowania, które ranią. Tęsknota również może pojawić się nawet wtedy, kiedy decyzję o odejściu podjęliśmy świadomie.

Sama miłość nie stanowi automatycznego dowodu, że relacja powinna trwać.

Dobry związek potrzebuje czegoś więcej: wzajemnego szacunku, odpowiedzialności, bezpieczeństwa, komunikacji, gotowości do współpracy oraz zgodności w sprawach, które dla obojga są naprawdę ważne.

Czasami miłość istnieje, ale nie wystarcza do zbudowania dobrego wspólnego życia.

Jedna kłótnia nie powinna decydować o całej przyszłości

Tak samo jak nie warto oceniać relacji po jednym wyjątkowo udanym weekendzie, ryzykowne byłoby podejmowanie życiowej decyzji wyłącznie pod wpływem pojedynczego konfliktu.

Jeśli sytuacja na to pozwala, lepiej spojrzeć szerzej.

Zamiast zastanawiać się jedynie:

„Jak czuję się dzisiaj?”

spróbuj odpowiedzieć:

„Jak czuję się w tej relacji przez większość czasu?”

Czy częściej towarzyszy mi spokój, czy napięcie?

Mogę być sobą?

Moje potrzeby mają znaczenie?

Potrafimy naprawiać to, co między nami nie działa?

Chcę tak żyć za pięć lat?

Gdyby nic się nie zmieniło, nadal wybrałabym tę relację?

Ostatnie pytanie jest szczególnie ważne, ponieważ zmusza do ocenienia związku takim, jaki jest dzisiaj, a nie takim, jakim mamy nadzieję, że kiedyś będzie.

Zamiast od razu pytać „czy odejść?”, nazwij prawdziwy problem

Warto najpierw odpowiedzieć sobie na kilka innych pytań.

Co dokładnie sprawia, że jestem nieszczęśliwa?

Od kiedy tak się czuję?

Rozmawiałam o tym z partnerem jasno?

Próbowaliśmy coś zmienić?

Co rzeczywiście się poprawiło?

Jak długo utrzymała się zmiana?

Dlaczego zostaję?

Z powodu miłości?

Dzieci?

Pieniędzy?

Strachu?

Przyzwyczajenia?

Wstydu?

Nadziei?

Być może odpowiedzi będzie kilka.

Samo ich nazwanie potrafi uporządkować chaos. Czym innym jest bowiem myśl:

„Nie mogę odejść”,

a czym innym:

„Boję się odejść, ponieważ nie wiem, czy poradzę sobie finansowo.”

Pierwsze zdanie zamyka drogę. Drugie wskazuje konkretny problem, którym można zacząć się zajmować.

Przed wielką decyzją warto odzyskać kawałek własnego życia

Jeśli przez lata cały świat kręcił się wokół związku, dobrze jest odbudować to, co należy tylko do Ciebie.

Kontakty z ludźmi.

Zainteresowania.

Samodzielność finansową, jeśli jest to możliwe.

Własne decyzje.

Czas spędzany bez partnera.

Poczucie kompetencji.

Plany niezależne od drugiej osoby.

Nie chodzi o przygotowywanie rozstania za plecami partnera. Sens jest zupełnie inny: decyzji dotyczącej przyszłości nie powinna podejmować osoba przekonana, że poza związkiem nie posiada już żadnego życia.

Odzyskanie większej sprawczości pomaga spojrzeć na sytuację bez paraliżującego poczucia, że istnieje tylko jedna możliwość.

Kiedy problem jest czymś więcej niż kryzysem związku

Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy relacją przeżywającą trudny okres a sytuacją, w której pojawia się przemoc, zastraszanie, groźby, uporczywa kontrola albo inne zachowania powodujące realne zagrożenie.

W takich okolicznościach zwykła rada dotycząca „szczerej rozmowy” może być niewłaściwa, a sam moment odejścia wymagać szczególnego przygotowania i wsparcia.

Bezpieczeństwo powinno mieć wtedy pierwszeństwo przed potrzebą udowodnienia komukolwiek, że poradzimy sobie samodzielnie.

Skorzystanie z pomocy nie odbiera człowiekowi siły. Nieraz właśnie dzięki niej można odzyskać możliwość decydowania o własnym życiu.

A jeśli odejdę i będę żałować?

Takiej możliwości nie da się całkowicie wykluczyć.

Po ważnej decyzji może pojawić się tęsknota, zwątpienie, smutek czy idealizowanie dobrych chwil. Emocje po rozstaniu nie są jednak automatycznym dowodem, że decyzja była błędna.

Nie każda właściwa decyzja natychmiast przynosi ulgę.

Bywa, że najpierw pojawia się pustka, a dopiero później człowiek zaczyna odkrywać, co może w niej zbudować.

Pozostanie również jest decyzją

I ono także ma swoją cenę.

Zamiast rozważać wyłącznie:

„Co stracę, jeśli odejdę?”

warto dopisać drugie pytanie:

„Co stracę, jeśli przez następne pięć lat nic się nie zmieni?”

Czas?

Spokój?

Zdrowie?

Poczucie własnej wartości?

Możliwość stworzenia innego życia?

A może niczego istotnego, ponieważ relacja rzeczywiście ma szansę zostać odbudowana?

Nie chodzi o narzucenie odpowiedzi. Sens polega na uczciwym policzeniu obu cen, a nie wyłącznie tej związanej z odejściem.

Nieszczęśliwy związek nie zawsze trzeba natychmiast kończyć

Związki przechodzą kryzysy. Ludzie popełniają błędy, oddalają się od siebie, zaniedbują bliskość albo komunikację, a później niekiedy potrafią je odbudować.

Jeżeli obie strony dostrzegają problem, biorą za niego odpowiedzialność i rzeczywiście pracują nad zmianą, kryzys może stać się początkiem czegoś lepszego.

Istnieje jednak ogromna różnica pomiędzy:

„Pracujemy nad naszym związkiem”

a:

„Ja czekam, aż druga osoba kiedyś zechce nad nim pracować.”

Jedna osoba nie jest w stanie stworzyć dobrej relacji za dwoje.

Najważniejsze pytanie może brzmieć inaczej

Być może od dawna zastanawiasz się:

„Czy powinnam odejść?”

Nikt, kto nie zna całej Twojej historii, nie powinien podejmować takiej decyzji za Ciebie.

Spróbuj jednak zadać sobie pytanie, które potrafi odsłonić znacznie więcej:

„Gdybym wiedziała, że ten związek już nigdy się nie zmieni i przez następne dziesięć lat będzie wyglądał dokładnie tak jak dzisiaj — czy nadal chciałabym w nim zostać?”

Nie odpowiadaj tak, jak wypada. Na chwilę odsuń również myślenie o tym, co powiedzą inni, i sprawdź, jaka odpowiedź pojawia się w Tobie.

Bywa, że największym problemem wcale nie jest brak wiedzy o tym, czego chcemy.

Czasem wiemy to bardzo dobrze — tylko boimy się konsekwencji własnej odpowiedzi.

Odejście nie zawsze będzie właściwym rozwiązaniem, podobnie jak pozostanie nie w każdej sytuacji okaże się błędem. Dojrzała decyzja nie polega na znalezieniu możliwości całkowicie pozbawionej bólu, ponieważ nieraz każda droga niesie określoną cenę. Chodzi o rozpoznanie, czy w obecnej relacji istnieje realna przestrzeń na zmianę i z jaką przyszłością jesteśmy gotowi się zmierzyć.

Całej decyzji nie trzeba podejmować jednego dnia.

Można zacząć od nazwania prawdy:

Co mnie boli?

Dlaczego zostaję?

Czego się boję?

Co musiałoby się naprawdę zmienić?

Jak długo jestem gotowa czekać?

Co mogę zrobić, żeby odzyskać większą samodzielność?

Później przychodzi czas na jeden rozsądny krok. Dla jednej osoby będzie nim szczera rozmowa, dla innej wspólna praca nad związkiem, postawienie granicy, uporządkowanie finansów, poszukanie wsparcia albo przygotowanie się do samodzielnego życia.

Najważniejsze, aby kolejne lata nie mijały wyłącznie dlatego, że strach przed zmianą okazał się silniejszy od prawa do decydowania o własnym życiu.

Bo czasami najtrudniejsze nie jest samo odejście.

Najtrudniej przyznać przed samą sobą:

„Tak dłużej nie chcę żyć.”

A właśnie od tego jednego zdania może rozpocząć się bardzo ważna zmiana.

Przeczytaj także – „Dlaczego pozwalam innym źle mnie traktować Jak nauczyć się być dla siebie dobrym

Jak przestać żyć przeszłością