Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Jak przestać się zamartwiać? Kiedy myślenie o problemie przestaje pomagać

Jak przestać się zamartwiać? Kiedy myślenie o problemie przestaje pomagać

Są problemy, które trzeba przemyśleć.

Trudna rozmowa, kłopoty finansowe, decyzja dotycząca pracy, konflikt w rodzinie czy niepewność związana z przyszłością wymagają zastanowienia. Rozsądny człowiek nie ucieka od rzeczywistości tylko dlatego, że jest niewygodna.

Problem zaczyna się gdzie indziej.

Myślimy o tej samej sprawie rano. Wracamy do niej podczas obiadu. Wieczorem analizujemy ją jeszcze raz, a kiedy kładziemy się do łóżka, w głowie rozpoczyna się kolejna narada.

„A jeśli zrobiłam źle?”

„Może powinnam była powiedzieć coś innego?”

„Co będzie, jeżeli sytuacja się pogorszy?”

„Dlaczego on tak się zachował?”

Godzina mija, rozwiązania nadal nie ma, za to pojawiają się zmęczenie, napięcie i następne czarne scenariusze.

Wtedy warto zadać sobie bardzo ważne pytanie:

Czy ja jeszcze rozwiązuję problem, czy już tylko się nim zamartwiam?

To nie jest to samo.

Myślenie prowadzi do rozwiązania. Zamartwianie prowadzi z powrotem do początku

Konstruktywne myślenie ma kierunek.

Zbieramy informacje, rozważamy możliwości, oceniamy konsekwencje i w pewnym momencie dochodzimy do decyzji:

„Jutro zadzwonię”.

„Muszę sprawdzić umowę”.

„Porozmawiam z nim”.

„Tego nie zmienię, więc potrzebuję planu B”.

Nawet jeśli problem nie znika, pojawia się następny krok.

Zamartwianie działa inaczej.

Umysł krąży wokół tej samej sprawy, lecz nie posuwa się naprzód. Kolejny raz odtwarza rozmowę sprzed tygodnia. Próbuje przewidzieć wydarzenia, których przewidzieć się nie da. Układa scenariusze rozpoczynające się od „a co, jeśli…”.

Po godzinie znajdujemy się dokładnie w tym samym miejscu.

Tylko bardziej zmęczeni.

Dlaczego tak trudno przestać?

Ponieważ zamartwianie może dawać złudzenie działania.

Skoro intensywnie o czymś myślę, mam poczucie, że próbuję nad sytuacją zapanować.

Wracamy do kolejnej analizy, układamy następny scenariusz i obiecujemy sobie, że pomyślimy o tym tylko pięć minut dłużej.

Może w końcu znajdę odpowiedź, która da mi całkowitą pewność.

Tyle że życie bardzo rzadko taką pewność oferuje.

Nie wiemy, jak zachowa się drugi człowiek ani jakie będą wszystkie konsekwencje podjętej decyzji. Przyszłość pozostaje nieprzewidywalna, podobnie jak gospodarka, pogoda, cudze uczucia i setki innych okoliczności, na które nie mamy wpływu.

Możemy natomiast godzinami próbować uzyskać w głowie kontrolę nad czymś, czego w rzeczywistości kontrolować się nie da.

I właśnie wtedy myślenie zaczyna odbierać siłę zamiast jej dostarczać.

„A co, jeśli wydarzy się coś złego?”

To jedno z ulubionych pytań zamartwiającego się umysłu.

Problem polega na tym, że wyobraźnia nie ma obowiązku trzymać się faktów.

Szef poprosił o rozmowę?

„Pewnie chcą mnie zwolnić”.

Partner jest milczący?

„Już mnie nie kocha”.

Dziecko nie odbiera telefonu?

„Na pewno coś się stało”.

Ktoś nie odpowiedział na wiadomość?

„Obraził się. Powiedziałam coś nie tak”.

Jedno nieznane zdarzenie potrafimy w kilka minut zamienić w całą historię.

A przecież między „nie wiem, co się dzieje” a „wiem, że stanie się coś złego” istnieje ogromna różnica.

Pierwsze zdanie opisuje rzeczywistość.

Drugie — naszą interpretację.

Nie każda myśl jest informacją

To niezwykle ważne.

Fakt, że jakaś myśl pojawiła się w głowie, nie oznacza jeszcze, że opisuje prawdę.

Możemy pomyśleć:

„Nie dam sobie rady”.

Nie jest to jednak dowód, że sobie nie poradzimy.

Możemy obawiać się:

„Już nigdy nikogo nie spotkam”.

Przyszłość nie podpisała pod tym zdaniem żadnej umowy.

W głowie może również pojawić się przekonanie:

„Jeżeli popełnię błąd, wszystko się zawali”.

A być może popełnimy błąd, poprawimy go i za pół roku będziemy się zastanawiać, dlaczego tak bardzo się baliśmy.

Myśl jest myślą. Nie wyrokiem.

Dobrze czasami potraktować ją jak hipotezę i zapytać:

„Skąd właściwie wiem, że tak będzie?”

Przeszłości również nie da się poprawić kolejną analizą

Zamartwianie nie dotyczy wyłącznie przyszłości.

Potrafimy godzinami wracać do tego, co już się wydarzyło.

„Dlaczego wtedy milczałam?”

„Trzeba było odejść wcześniej”.

„Mogłam inaczej wychować dzieci”.

„Nie powinnam była mu zaufać”.

Refleksja nad przeszłością jest potrzebna, jeżeli pozwala czegoś się nauczyć.

Warto zobaczyć własny błąd.

Przyznać się do niego.

Przeprosić, jeśli skrzywdziliśmy drugiego człowieka.

Wyciągnąć wnioski.

Ale po wykonaniu tego wszystkiego kolejne sto analiz nie cofnie czasu.

W pewnym momencie trzeba zamienić pytanie:

„Dlaczego wtedy tak zrobiłam?”

na:

„Co zrobię inaczej następnym razem?”

Pierwsze może trzymać nas wczoraj.

Drugie prowadzi do jutra.

Co naprawdę jest pod moją kontrolą?

W jednym ze starych wpisów zapisałam prostą myśl:

„Przestań walczyć z tym, czego nie możesz zmienić”.

Warto ją rozwinąć, ponieważ nie chodzi o bierne pogodzenie się ze wszystkim.

Wręcz przeciwnie.

Chodzi o mądre gospodarowanie własną energią.

Jeśli martwisz się konkretną sprawą, podziel kartkę na trzy części.

Mam wpływ

Tutaj wpisujesz rzeczy, które rzeczywiście możesz zrobić.

Wysłać CV.

Umówić wizytę.

Porozmawiać z partnerem.

Sprawdzić dokumenty.

Ograniczyć wydatki.

Poprosić o pomoc.

Powiedzieć „nie”.

Mam częściowy wpływ

Możesz się przygotować, ale rezultat nie zależy wyłącznie od ciebie.

Rozmowa kwalifikacyjna.

Naprawienie relacji.

Negocjacje.

Wynik ważnego przedsięwzięcia.

Możesz zrobić swoją część najlepiej, jak potrafisz. Drugiej połowy równania nie kontrolujesz.

Nie mam wpływu

Przeszłość.

Cudze decyzje.

To, co ktoś o tobie pomyśli.

Zachowanie dorosłego człowieka, który nie chce się zmienić.

Wydarzenie, które już nastąpiło.

Przyszłość w najdrobniejszych szczegółach.

I właśnie ta ostatnia grupa często pochłania najwięcej naszych myśli.

Odpuszczenie nie oznacza obojętności

To słowo bywa źle rozumiane.

„Odpuść” nie znaczy:

„Nic mnie nie obchodzi”.

Nie oznacza również rezygnacji z odpowiedzialności.

Odpuszczenie może znaczyć:

„Zrobiłam to, co mogłam. Reszta nie zależy już ode mnie”.

Wysłałaś dokumenty — teraz czekasz na odpowiedź.

Przeprosiłaś — druga osoba zdecyduje, co z tym zrobi.

Dorosłe dziecko podjęło własną decyzję — możesz powiedzieć, co o niej sądzisz, lecz nie przeżyjesz jego życia za nie.

Lekarz zlecił badania — wykonujesz je, zamiast przez trzy dni samodzielnie stawiać sobie dziesięć diagnoz.

Jest moment działania.

I powinien istnieć również moment zatrzymania działania.

Nie wszystko musisz rozwiązać dzisiaj

To kolejna myśl z naszych dawnych postów, którą warto zachować.

Żyjemy w świecie natychmiastowości.

Wiadomość — odpowiedz.

Problem — rozwiąż.

Decyzja — podejmij.

Konflikt — zakończ.

Tymczasem niektóre odpowiedzi naprawdę potrzebują czasu.

Po trudnej rozmowie emocje mogą być zbyt silne, żeby rozsądnie zdecydować.

Po rozstaniu nie trzeba w ciągu dwóch dni wiedzieć, jak będzie wyglądało całe dalsze życie.

W chwili zawodowego kryzysu nie musimy natychmiast wymyślić nowej kariery na następne dwadzieścia lat.

Czasem wystarczy wiedzieć:

co zrobię jutro rano?

Nie musisz widzieć całej drogi.

Wystarczy zobaczyć następny krok.

Kiedy problem przychodzi do łóżka

Wieczorem zamartwianie potrafi szczególnie dać się we znaki.

W dzień coś się dzieje. Rozmawiamy, pracujemy, sprzątamy, wychodzimy z domu.

Nocą robi się cicho.

I wtedy umysł przypomina sobie wszystkie sprawy, które chciałby omówić.

Nagle o pierwszej w nocy rozwiązujemy finanse, analizujemy małżeństwo, przewidujemy przyszłość dzieci i przypominamy sobie niezręczną rozmowę sprzed czterech lat.

To kiepska pora na podejmowanie wielkich życiowych decyzji.

Jeżeli myśl uporczywie wraca, warto mieć obok łóżka kartkę.

Zapisz:

„Jutro zajmę się tym o 10.00”.

A pod spodem jedną konkretną czynność:

„Zadzwonię do banku”.

„Sprawdzę dokument”.

„Porozmawiam z córką”.

„Umówię spotkanie”.

W ten sposób nie mówisz umysłowi: „Przestań myśleć”.

Mówisz mu:

„Pamiętam. Zajmiemy się tym, ale nie teraz”.

Ćwiczenie: Piętnaście minut na martwienie się

Brzmi dziwnie, ale warto spróbować.

Zamiast przez cały dzień walczyć z powracającymi myślami, wyznacz konkretną porę.

Na przykład 17.30.

Przez piętnaście minut możesz myśleć o wszystkim, co cię niepokoi.

Zapisuj obawy.

Nie uciekaj od nich.

Po każdej dopisz jedno z trzech oznaczeń:

D — działam

C — czekam

O — odpuszczam

Jeśli możesz coś zrobić — zapisz działanie.

Gdy trzeba poczekać na cudzą decyzję albo rozwój sytuacji — nazwij to.

Jeżeli sprawa jest poza twoją kontrolą — świadomie zaznacz „odpuszczam”.

Po piętnastu minutach zamknij notes.

Kiedy zmartwienie wróci później, możesz sobie powiedzieć:

„Mam dla ciebie czas jutro o 17.30”.

Nie zawsze zadziała od razu.

Umysł również potrzebuje czasu, żeby nauczyć się nowego nawyku.

Nie próbuj na siłę „myśleć pozytywnie”

Kiedy naprawdę dzieje się coś trudnego, zdanie „myśl pozytywnie” może tylko irytować.

Nie potrzebujemy udawać, że wszystko jest cudownie.

Jeżeli straciłaś pracę, problem istnieje.

Kiedy rozpada się ważna relacja, boli.

Gdy czekasz na istotną wiadomość, możesz się bać.

Spokój nie polega na wmówieniu sobie:

„Na pewno będzie dobrze”.

Znacznie uczciwiej powiedzieć:

„Nie wiem, jak będzie. Zajmę się tym, na co mam wpływ, a z resztą będę radzić sobie wtedy, kiedy rzeczywiście się wydarzy”.

To nie jest naiwność.

To rozsądek.

Zamiast czarnego scenariusza przygotuj plan

Wyobraźmy sobie, że boisz się utraty pracy.

Umysł powtarza:

„Co będzie, jeśli mnie zwolnią?”

Samo pytanie może krążyć tygodniami.

Spróbuj je zmienić.

„Jeśli stracę pracę, co zrobię w pierwszym tygodniu?”

Nagle z lęku powstaje plan.

Sprawdzę oszczędności.

Zaktualizuję CV.

Skontaktuję się z trzema osobami.

Przejrzę oferty.

Ograniczę określone wydatki.

Może się okazać, że sytuacja nadal byłaby trudna.

Ale przestaje być bezkształtnym potworem.

Plan nie gwarantuje, że nic złego się nie wydarzy. Daje jednak poczucie, że jeśli się wydarzy, będziemy mieli od czego zacząć.

Uważaj na pytania bez odpowiedzi

Niektóre pytania są pułapką.

„Dlaczego on mnie nie kocha?”

„Co sprawiło, że życie potoczyło się właśnie w ten sposób?”

„Skąd mam wrażenie, że innym wszystko przychodzi łatwiej?”

„Co by było, gdybym dziesięć lat temu wybrała inaczej?”

Możemy poświęcić im miesiące i nadal nie otrzymać odpowiedzi, która cokolwiek zmieni.

Spróbuj zamieniać pytania zamknięte w przeszłości na pytania skierowane ku działaniu.

Zamiast:

„Dlaczego to mnie spotkało?”

zapytaj:

„Czego teraz potrzebuję?”

W miejsce:

„Dlaczego on taki jest?”

może pojawić się:

„Jak chcę być traktowana?”

A zamiast:

„Co będzie ze mną za pięć lat?”

spróbuj:

„Co mogę zrobić w tym tygodniu, żeby moje życie poszło w lepszym kierunku?”

Dobre pytanie nie zawsze daje natychmiastową odpowiedź.

Ale potrafi otworzyć drzwi.

Małe kroki są niedoceniane

Kiedy problem jest duży, chcemy wielkiego rozwiązania.

Tymczasem bardzo często wychodzimy z trudnej sytuacji przez serię małych czynności.

Jeden telefon.

Jedna rozmowa.

Jeden dokument.

Jeden spacer zamiast kolejnej godziny analizowania.

Jedna noc, podczas której pozwalamy sobie powiedzieć:

„Dzisiaj już wystarczy”.

W dawnym poście napisałam:

„Małe kroki prowadzą do wielkich zmian”.

I właśnie w przypadku zamartwiania ma to szczególne znaczenie.

Nie trzeba obiecywać sobie:

„Od jutra już nigdy nie będę się martwić”.

To nierealne.

Spróbuj czegoś mniejszego:

„Dzisiaj jedno zmartwienie zamienię na jedno działanie”.

Ćwiczenie: Zmartwienie czy zadanie?

Weź kartkę i wypisz pięć rzeczy, które obecnie zaprzątają ci głowę.

Przy każdej zadaj sobie pytanie:

Czy mogę wykonać w tej sprawie konkretną czynność w ciągu najbliższych 48 godzin?

Jeśli tak — zapisz ją.

Nie „muszę poprawić finanse”.

Tylko:

„Jutro o 9.00 sprawdzę trzy ostatnie wyciągi”.

Nie „muszę naprawić relację”.

Lepiej:

„Wieczorem zaproponuję spokojną rozmowę”.

Gdy nie istnieje żadne działanie, zastanów się, dlaczego nadal analizujesz tę sprawę.

Być może właśnie znalazłaś zmartwienie, które udaje zadanie.

Spokojny umysł nie oznacza pustej głowy

Czasami wyobrażamy sobie spokój jako stan, w którym nie mamy żadnych problemów.

Taki dzień może nigdy nie nadejść.

Jedna sprawa się kończy, pojawia się następna.

Dzieci dorastają.

Rodzice się starzeją.

Zmienia się praca.

Relacje przechodzą kryzysy.

Pojawiają się niespodziewane wydatki.

Życie nie podpisze z nami umowy, że od przyszłego poniedziałku będzie przewidywalne.

Wewnętrzny spokój musi więc oznaczać coś innego.

Nie brak problemów.

Raczej przekonanie:

„Nie muszę rozwiązać wszystkiego naraz. Kiedy pojawi się problem, zrobię to, co będzie możliwe”.

Daj sobie pięć minut ciszy

Jeden ze starych postów zaczynał się od słów:

„Zatrzymaj się na chwilę”.

To nadal dobra rada.

Nie po to, żeby magicznie usunąć problemy.

Po to, żeby przerwać rozpędzony ciąg myśli.

Odłóż telefon.

Usiądź.

Nie rozwiązuj niczego przez pięć minut.

Oddychaj spokojnie i pozwól myślom przychodzić oraz odchodzić bez podejmowania każdej z nich.

Jeśli pojawi się:

„Muszę coś zrobić”,

zapytaj:

„Teraz?”

Często odpowiedź brzmi:

„Nie. Jutro”.

I czasami właśnie takie jedno słowo pozwala umysłowi odpocząć.

Rozmowa może przerwać błędne koło

Nie każdy problem powinniśmy nosić samotnie.

W archiwalnym poście napisałam:

„Czasami wystarczy szczera rozmowa. Wysłuchanie. Obecność drugiego człowieka”.

Rozmowa nie zawsze rozwiązuje sytuację.

Może jednak zrobić coś bardzo ważnego: wyciągnąć problem z zamkniętego obiegu naszych własnych myśli.

Druga osoba czasami zauważy rozwiązanie, którego nie widzimy.

Innym razem powie:

„Poczekaj. Przecież jeszcze wcale nie wiadomo, że tak będzie”.

Może również po prostu wysłuchać.

Nie każda rozmowa potrzebuje rady.

Czasem potrzebujemy wypowiedzieć na głos coś, co w głowie urosło do ogromnych rozmiarów.

Kiedy warto poszukać większego wsparcia

Zwyczajne zamartwianie zna chyba każdy.

Jeżeli jednak lęk i natłok myśli przez dłuższy czas bardzo utrudniają sen, pracę, relacje albo codzienne funkcjonowanie, nie trzeba samotnie udowadniać sobie, że „jakoś dam radę”.

Poproszenie o odpowiednie wsparcie jest działaniem.

A przecież właśnie o to chodzi w całym tym artykule:

zamienić bezradne krążenie wokół problemu na krok, który może coś zmienić.

Nie oddawaj dzisiejszego dnia problemom jutra

Przygotowanie się na przyszłość jest rozsądne.

Życie w przyszłości — już nie.

Możemy tak długo martwić się tym, co wydarzy się za miesiąc, że nie zauważymy spokojnego popołudnia, które mamy właśnie dzisiaj.

Możemy przeżyć w wyobraźni dziesięć katastrof, z których dziewięć nigdy się nie wydarzy.

A jeśli wydarzy się ta dziesiąta?

Wtedy będziemy się nią zajmować.

Nie dziesięć razy wcześniej.

Zamartwianie niczego nie zmienia. Działanie czasami tak

Nie mamy wpływu na wszystko.

To może być frustrujące, ale jednocześnie przynosi ulgę.

Nie musimy kontrolować całego świata ani brać odpowiedzialności za cudze wybory. Przed każdym nieszczęściem również nie sposób się zabezpieczyć, a tego, co wydarzyło się wczoraj, po prostu nie cofniemy.

Mamy jednak wpływ na pewną część dzisiejszego dnia.

Możemy wykonać telefon.

Poprosić o pomoc.

Powiedzieć prawdę.

Sprawdzić fakty.

Przeprosić.

Postawić granicę.

Zrobić pierwszy krok.

Albo zdecydować, że na dzisiaj zrobiliśmy już wystarczająco dużo.

Kiedy więc następnym razem zauważysz, że po raz dziesiąty analizujesz tę samą sprawę, zatrzymaj się i zapytaj:

„Czy ta myśl prowadzi mnie do rozwiązania?”

Jeżeli tak — idź za nią.

Jeśli nie, poszukaj działania.

A kiedy żadnego działania nie ma, być może przyszedł czas na najtrudniejszą rzecz:

zostawić problem na chwilę w spokoju.

Nie wszystko musisz rozwiązać dzisiaj.

Nie wszystko zależy od ciebie.

I nie każda myśl, która puka do drzwi, musi zostać zaproszona do środka na całą noc.

Przeczytaj także – Jak zbudować umysł, który poradzi sobie w nieprzewidywalnym świecie?

Jak zachować dobry nastrój i równowagę psychiczną, gdy życie nie odpuszcza?

Zapraszam do Biblioteki lustra losu