Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Dlaczego niektórzy ludzie muszą zawsze mieć rację?

Dlaczego niektórzy ludzie muszą zawsze mieć rację?

Zaczyna się niewinnie.

Rozmawiacie o filmie, wydarzeniu sprzed kilku lat albo o tym, którędy szybciej dojechać do centrum. Ty pamiętasz jedno, druga strona coś zupełnie innego. Normalnie można byłoby wzruszyć ramionami, sprawdzić fakty albo po prostu uznać, że każde z was zapamiętało sytuację inaczej.

Tym razem jest inaczej.

Rozmówca zaczyna przekonywać, przywoływać szczegóły, szukać potwierdzenia swojej wersji. Po chwili pierwotny temat przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie chodzi już o drogę, film czy datę.

Liczy się tylko to, kto ma rację.

Jedni potrafią bez większego problemu powiedzieć: „Rzeczywiście, pomyliłem się”. Dla innych te słowa są niemal nie do przejścia, jakby przyznanie komuś racji oznaczało utratę części własnej wartości.

Co ciekawe, potrafią zaciekle walczyć nawet o sprawy, które pięć minut później nie będą miały żadnego znaczenia.

Dlaczego?

Bo nie zawsze bronimy wyłącznie swojego zdania.

Niekiedy bronimy samych siebie.

Kiedy rozmowa zamienia się w pojedynek

Zdrowa dyskusja dopuszcza możliwość, że druga strona wie coś, czego my nie wiemy. Da się przedstawić własne argumenty, wysłuchać cudzych, zmienić zdanie albo pozostać przy swoim.

Wszystko jest w porządku, dopóki celem pozostaje wzajemne zrozumienie.

Problem zaczyna się w chwili, gdy dyskusja staje się konkursem.

Kto wygra? Kto okaże się mądrzejszy? Do kogo będzie należało ostatnie słowo?

Niewielka różnica zdań potrafi wtedy urosnąć do rozmiarów poważnego konfliktu.

„Przecież mówiłem.”

„Było dokładnie odwrotnie.”

„Zawsze przekręcasz fakty.”

„Doskonale pamiętam, co się wydarzyło.”

„Nie będziesz mi mówić, jak było.”

Nagle dwoje dorosłych ludzi przez pół godziny kłóci się o to, kto dziesięć lat temu pierwszy zaproponował wyjazd nad morze.

Z boku wygląda to absurdalnie. Dla uczestników sporu może jednak mieć ogromne znaczenie, ponieważ pod powierzchnią pozornie błahej sprzeczki toczy się zupełnie inna walka.

„Pomyliłem się” dla każdego znaczy coś innego

Ktoś odkrywa własny błąd, wzrusza ramionami i mówi:

„No dobrze, nie miałam racji.”

Po chwili temat jest zamknięty.

Inny człowiek odbierze podobną sytuację znacznie boleśniej. W jego głowie może pojawić się cały ciąg myśli: skoro się pomyliłem, czegoś nie wiedziałem. Jeżeli czegoś nie wiedziałem, mogłem wyjść na głupiego. A skoro ktoś to zauważył, straciłem przewagę.

Zwykła pomyłka zaczyna zagrażać obrazowi samego siebie.

Szczególnie trudno bywa ludziom, którzy przez lata budowali swoją pozycję na przekonaniu, że są rozsądni, doświadczeni, kompetentni i wiedzą najlepiej.

Ojciec, którego zdanie zawsze było ostateczne. Szef przyzwyczajony, że nikt mu nie zaprzecza. Partner przekonany, że to on podejmuje rozsądniejsze decyzje.

W takich przypadkach cudze „nie zgadzam się” może zostać odebrane nie jako odmienna opinia, lecz jako podważenie autorytetu.

Fakty schodzą wtedy na dalszy plan.

Niektórzy wynieśli to z domu

Wyobraźmy sobie dziecko, które regularnie słyszy:

„Nie dyskutuj ze mną.”

„Starszy wie lepiej.”

„Masz zrobić, co mówię.”

„Nie pyskuj.”

Dorasta w świecie, w którym racja niekoniecznie należy do tego, kto ma lepsze argumenty. Należy do silniejszego.

W takim domu przyznanie się do błędu może być utożsamiane ze słabością. Przeprosiny zdarzają się rzadko, natomiast zmiana zdania wygląda jak porażka.

Dziecko przyswaja więc prostą zasadę: kto ma rację, ten ma przewagę.

Po latach ten sam schemat może pojawić się w związku, pracy albo kontaktach z dorosłymi już dziećmi.

Nie musi to być świadome działanie. Nieraz jest po prostu jedynym znanym sposobem prowadzenia sporu.

Odmienny punkt widzenia uruchamia dawny mechanizm: trzeba się obronić, udowodnić swoje, nie wolno odpuścić.

W efekcie rodzinny stół ponownie staje się miejscem walki, choć po godzinie nikt już nie pamięta, od czego właściwie się zaczęło.

Potrzeba racji często łączy się z potrzebą kontroli

Jeśli jestem przekonany, że wiem najlepiej, łatwo zrobić kolejny krok: uznać, że powinienem również decydować.

Właśnie dlatego ciągłe stawianie na swoim potrafi być szczególnie uciążliwe w bliskich relacjach.

Jedna strona wie, jak należy wychowywać dzieci, wydawać pieniądze, urządzić mieszkanie, spędzać wakacje, gotować rosół, prowadzić samochód, składać ręczniki i rozmawiać z sąsiadem.

Początkowo może wyglądać to jak pewność siebie.

Z biegiem czasu partner zaczyna jednak czuć, że na niewiele ma wpływ. Każda wspólna decyzja przebiega podobnie: możesz mieć własne zdanie, ale ostatecznie i tak dowiesz się, dlaczego jest niewłaściwe.

W pewnym momencie ważniejsze od samego sporu staje się pytanie, czy w tej relacji nadal istnieje miejsce dla dwóch sposobów myślenia, dwóch potrzeb i dwóch pełnoprawnych głosów.

Najtrudniej przyznać rację komuś bliskiemu

Paradoksalnie łatwiej powiedzieć obcej osobie: „Ma pani rację” niż własnemu partnerowi.

Bliskie relacje mają bowiem historię.

Jeżeli przez lata spieraliśmy się o pieniądze, dzieci, rodzinę czy obowiązki, kolejna wymiana zdań niesie ze sobą bagaż poprzednich.

Dzisiejszy problem szybko przestaje być jedynym tematem.

„Ty zawsze…”

„A pamiętasz, jak wtedy…”

„Już pięć lat temu mówiłam…”

„Nigdy mnie nie słuchasz.”

Jedna sprzeczka otwiera szufladę pełną dawnych pretensji.

Nawet drobne przyznanie drugiej stronie racji może wówczas wydawać się ryzykowne, ponieważ za chwilę możemy usłyszeć:

„No widzisz! Czyli wtedy też miałam rację.”

Niektóre pary przestają z czasem rozwiązywać konkretne problemy. Zamiast tego prowadzą wieloletni proces, podczas którego każda ze stron gromadzi dowody przeciwko drugiej.

Gdy zasady zmieniają się w trakcie rozmowy

To wyjątkowo męczący rodzaj dyskusji.

Przedstawiasz fakt i okazuje się, że miałaś rację.

Czy na tym koniec?

Niekoniecznie.

Nagle słyszysz:

„Ale nie o to mi chodziło.”

Po chwili:

„No dobrze, tylko problem jest zupełnie inny.”

Pojawia się kolejny argument. Gdy również on zostaje podważony, temat znowu się przesuwa.

W końcu masz wrażenie, że próbujesz złapać coś, co bezustannie ucieka.

W pewnej chwili dociera do ciebie, że nie istnieje dowód, który zakończy ten spór. Przyczyna nie leży w braku dobrych argumentów.

Druga strona nie szuka odpowiedzi. Szuka sposobu, żeby nie przegrać.

Internet dał nam jeszcze więcej amunicji

Dawniej spór mógł zakończyć się prostym:

„Dobrze, każde z nas uważa inaczej.”

Dzisiaj wystarczy kilkanaście sekund, żeby wyjąć telefon i rozpocząć poszukiwanie dowodów.

Jedna strona pokazuje artykuł, druga znajduje inny. Za moment pojawia się film eksperta, później komentarz kogoś, kto twierdzi coś przeciwnego.

Po pół godzinie nikt już nie pamięta, po co w ogóle zaczęto sprawdzać.

Teoretycznie łatwy dostęp do informacji powinien pomagać w rozstrzyganiu sporów. W praktyce bywa inaczej, ponieważ internet dostarcza ogromnej liczby treści, z których wybieramy te pasujące do naszego przekonania.

Jeżeli celem nie jest poznanie prawdy, lecz zwycięstwo, telefon staje się po prostu kolejnym narzędziem w pojedynku.

„A nie mówiłam?” daje krótką satysfakcję

Chyba każdy zna ten moment.

Ostrzegaliśmy kogoś, lecz nas nie posłuchał. Później wydarzyło się dokładnie to, co przewidywaliśmy.

Pokusa jest ogromna:

„A nie mówiłam?”

Przez kilka sekund można poczuć przyjemną satysfakcję. Wiedziałam. Przewidziałam. Miałam rację.

Tylko co właściwie dzięki temu zyskujemy?

Jeśli bliska osoba właśnie ponosi konsekwencje swojej decyzji, prawdopodobnie sama już wie, że popełniła błąd. Dodatkowy triumf z naszej strony niewiele jej da, za to może dołożyć wstydu albo złości.

Znacznie więcej dla relacji zrobi czasem zdanie:

„No trudno. Zastanówmy się, co teraz można zrobić.”

Można mieć rację i nie używać jej jak młotka.

Dlaczego wdajemy się w spór, skoro znamy jego zakończenie?

Znamy tego człowieka od lat. Doskonale wiemy, że nie odpuści, a podobny scenariusz przerabialiśmy już dziesiątki razy.

Mimo to ponownie zaczynamy tłumaczyć.

Przedstawiamy argument, potem następny. Wracamy do szczegółów, szukamy dowodów i coraz bardziej się denerwujemy.

Skąd ta potrzeba?

My również chcemy zostać uznani.

Niekoniecznie zależy nam na zwycięstwie. Nieraz pragniemy jedynie usłyszeć:

„Rozumiem, dlaczego tak myślisz.”

„Masz prawo tak to widzieć.”

„Rzeczywiście, w tym punkcie mogłem się pomylić.”

Kiedy tego nie dostajemy, zwiększamy wysiłek.

Wydaje nam się, że następny argument zadziała. Dokładniejsze wyjaśnienie wreszcie dotrze. Niepodważalny dowód zakończy sprawę.

I właśnie w ten sposób sami wchodzimy do gry, której zasad nigdy nie ustalaliśmy.

Nie każda racja jest warta swojej ceny

Załóżmy, że wygrywasz.

Udowodniłaś swoje. Masz niepodważalny dowód i druga strona nie może już zaprzeczyć.

Co zostało po tym zwycięstwie?

Jeśli ceną były dwie godziny kłótni, zepsuty wieczór i kilka bolesnych słów, warto zastanowić się, czy rzeczywiście było warto.

Oczywiście istnieją sprawy, których nie należy lekceważyć. Gdy chodzi o nasze granice, pieniądze, zdrowie, bezpieczeństwo, ważne decyzje albo sposób, w jaki jesteśmy traktowani, wycofanie się może mieć poważne konsekwencje.

Większość codziennych sprzeczek nie ma jednak takiego ciężaru.

Nieraz walczymy o drobiazg wyłącznie dlatego, że nie chcemy pozwolić drugiej stronie „wygrać”.

W takich chwilach pomaga proste pytanie:

Czy za tydzień nadal będzie miało znaczenie, kto miał tutaj rację?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, być może szkoda na to dzisiejszego wieczoru.

Odpuścić nie znaczy przyznać komuś rację

Zakończenie dyskusji nie musi oznaczać zmiany własnego zdania.

„Widzę to inaczej, ale nie chcę się o to kłócić.”

Tyle wystarczy.

Nie potrzebujemy przekonać drugiego człowieka, aby nasza opinia była ważna. Jego zgoda również nie jest konieczna do tego, żeby zakończyć jałowy spór.

Dla kogoś przyzwyczajonego do ciągłego tłumaczenia się może to być trudne. Pojawia się obawa, że milczenie zostanie potraktowane jak kapitulacja, a rozmówca ogłosi się zwycięzcą.

Niech tak myśli.

Co właściwie się wtedy stanie?

Nic.

Cudze przekonanie o wygranej nie zmienia rzeczywistości.

Pewność siebie pozwala zmienić zdanie

Często mylimy ją z nieustępliwością.

Tymczasem ktoś, kto zna własną wartość, nie musi mieć racji w każdej sprawie.

Potrafi powiedzieć:

„Tego nie wiedziałam.”

„Źle zapamiętałem.”

„Masz rację, nie pomyślałam o tym.”

„Zmieniłam zdanie.”

Takie słowa nie odbierają autorytetu. Przeciwnie — często go budują.

Znacznie łatwiej zaufać komuś, kto umie przyznać się do pomyłki, niż komuś, kto nawet przyparty do muru tworzy kolejne wyjaśnienia, byle tylko nie powiedzieć: „Myliłem się”.

Dojrzałość nie polega na posiadaniu odpowiedzi na wszystko.

Widać ją również w gotowości do przyjęcia nowej informacji i uznania, że wcześniejsza ocena mogła być błędna.

Można mieć rację i przegrać relację

W bliskich związkach nie powinno być tak, że każda różnica zdań musi zakończyć się czyimś zwycięstwem.

Jeżeli jedna strona stale wygrywa, druga bezustannie znajduje się na pozycji przegranego.

Po pewnym czasie może więc przestać mówić, co naprawdę myśli.

Nie dlatego, że nagle zaczęła się ze wszystkim zgadzać. Po prostu dochodzi do wniosku, że szkoda energii.

Przestaje opowiadać o swoich pomysłach. Coraz rzadziej wyraża sprzeciw. Decyzje podejmuje bez konsultacji albo odpowiada krótkim:

„Dobrze, jak chcesz.”

Na pierwszy rzut oka w domu robi się spokojniej. Kłótni jest mniej, więc ktoś może nawet uznać, że wreszcie wszystko zaczęło działać jak należy.

Tyle że cisza nie zawsze oznacza zgodę.

Niekiedy oznacza rezygnację.

A to ogromna różnica.

A może czasem to my potrzebujemy ostatniego słowa?

Czytając taki tekst, bardzo łatwo pomyśleć o kimś konkretnym.

Mężu. Siostrze. Matce. Koledze z pracy.

„Cały on!”

Znacznie trudniej przez chwilę przyjrzeć się sobie.

Jak reaguję, gdy ktoś udowodni mi błąd?

Czy potrafię powiedzieć „nie wiem”?

Słucham argumentu do końca czy już w połowie układam odpowiedź?

Zdarza mi się wracać do starych historii tylko po to, żeby wzmocnić swoją pozycję?

Jak dużą satysfakcję daje mi usłyszenie słów „miałaś rację”?

Każdemu zdarza się bronić własnego stanowiska zbyt długo. Ważne jest to, czy umiemy zauważyć moment, w którym wymiana poglądów przestała czemukolwiek służyć.

Spokój bywa więcej wart niż ostatnie słowo

Nie każda dyskusja wymaga zwycięzcy. Nie każdego uda się przekonać, podobnie jak nie każdy błędny pogląd trzeba natychmiast prostować — szczególnie wtedy, gdy nie ma wpływu na nic istotnego.

Z niektórych rozmów najlepiej wyjść, zanim zamienią się w kolejną rundę tego samego pojedynku.

Wystarczy powiedzieć swoje zdanie. Wyjaśnić je, jeśli rzeczywiście jest taka potrzeba, a później zatrzymać się.

Nie z bezsilności, lecz z wyboru.

Z biegiem lat coraz wyraźniej widzimy, że energia również jest czymś, czym warto rozsądnie gospodarować. Szkoda wydawać ją na udowadnianie oczywistości komuś, kto wcale nie zamierza nas usłyszeć.

Nie każdą dyskusję trzeba wygrać. Niekiedy największą wygraną jest chwila, w której przestajemy walczyć o uznanie swojej racji przez kogoś, dla kogo rozmowa od początku była pojedynkiem.

Druga strona być może nadal będzie przekonana, że zwyciężyła.

I dobrze.

W tym czasie możemy zrobić sobie kawę, wyjść na spacer albo porozmawiać z kimś, przy kim wymiana zdań nie przypomina rozprawy sądowej.

Bo w życiu naprawdę są ważniejsze rzeczy niż ostatnie słowo.

A jedną z oznak prawdziwej pewności siebie jest umiejętność powiedzenia: „Możemy widzieć to inaczej” — i spokojnego zakończenia rozmowy.

Przeczytaj także – Dlaczego dla obcych jesteśmy milsi niż dla własnych bliskich?

Dlaczego tak bardzo przejmujemy się tym, co powiedzą ludzie?

Dlaczego z wiekiem coraz mniej ludzi naprawdę wpuszczamy do swojego życia?

Zapraszam do Biblioteki lustra losu, przeczytaj książki Ireny Dudek