Pierwsze spotkanie. Rozmowa płynie całkiem dobrze, druga osoba jest sympatyczna, interesująca i właściwie trudno znaleźć w niej coś, co szczególnie przeszkadza. Wracasz jednak do domu i zamiast ekscytacji pojawia się myśl: „Było miło, ale nie zaiskrzyło”.
Dla wielu osób właśnie w tym miejscu znajomość się kończy.
Nie było motyli w brzuchu, serce nie przyspieszyło, nie pojawiła się potrzeba natychmiastowego zobaczenia tej osoby ponownie. Skoro zabrakło iskry, łatwo uznać, że nie ma sensu tracić czasu, ponieważ prawdziwa miłość powinna przecież rozpocząć się od czegoś wyjątkowego.
Tylko czy rzeczywiście?
Czy człowiek, z którym kiedyś stworzymy głęboką i szczęśliwą relację, musi zachwycić nas podczas pierwszego spotkania? A może oczekiwanie na słynne „zaiskrzenie” sprawia, że czasami zbyt szybko rezygnujemy z ludzi, których jeszcze nawet nie zdążyliśmy poznać?
Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ponieważ zaiskrzenie może być początkiem miłości, ale nie jest jej gwarancją. Z kolei brak fajerwerków na pierwszej randce wcale nie musi oznaczać, że uczucie nigdy się nie pojawi.
Czym właściwie jest to słynne „zaiskrzenie”?
Trudno je dokładnie zdefiniować, ale większość ludzi doskonale wie, co ma na myśli.
Spotykasz kogoś i niemal natychmiast czujesz przyciąganie. Chcesz na tę osobę patrzeć, słuchać jej głosu, przedłużać rozmowę, a po powrocie do domu myślisz o kolejnym spotkaniu. Telefon zaczyna mieć wyjątkowe znaczenie, ponieważ każda wiadomość wywołuje uśmiech.
Pojawia się ekscytacja.
Właśnie ten stan nazywamy często chemią, iskrą albo motylami w brzuchu.
Może być cudowny i nie ma powodu go umniejszać. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy traktujemy go jak dowód, że spotkaliśmy osobę odpowiednią do wspólnego życia.
Na pierwszym etapie znajomości wiemy o drugim człowieku bardzo niewiele. Możemy znać jego sposób mówienia, wygląd, poczucie humoru i kilka historii z życia, ale nie wiemy jeszcze, jak zachowuje się w konflikcie, czy potrafi być lojalny, jak traktuje bliskich ani czy można na nim polegać w trudnej sytuacji.
Iskra mówi przede wszystkim: „Ten człowiek bardzo mnie pociąga”.
Nie mówi jeszcze: „Z tym człowiekiem będę szczęśliwa”.
Filmy nauczyły nas czekać na wielki moment
Kultura romantyczna od lat pokazuje miłość jako coś, co wydarza się nagle.
Dwoje ludzi spotyka się, patrzy sobie w oczy i od pierwszych chwil wiadomo, że wydarzyło się coś niezwykłego. Później pojawiają się przeszkody, ale widz od początku wie, że bohaterowie są sobie przeznaczeni.
Prawdziwe relacje często rozwijają się znacznie mniej widowiskowo.
Niektóre zaczynają się od fascynacji, inne od przyjaźni, jeszcze inne od kilku spotkań, po których człowiek dopiero zaczyna zauważać, że coraz bardziej czeka na kolejne.
W codziennym życiu nie zawsze gra muzyka w tle, a przyszły partner niekoniecznie pojawia się w drzwiach dokładnie w chwili, w której mamy poczuć, że oto zaczyna się wielka historia.
Czasami pierwsza randka jest po prostu… całkiem dobra.
I właśnie z takiego „całkiem dobrze” może z czasem powstać coś znacznie większego.
„Nie zaiskrzyło” może oznaczać bardzo różne rzeczy
Warto zatrzymać się przy tym zdaniu, ponieważ używamy go w wielu sytuacjach.
Czasami naprawdę oznacza brak jakiegokolwiek zainteresowania. Nie czujemy pociągu, rozmowa nas męczy, nie jesteśmy ciekawi drugiej osoby i nie mamy najmniejszej ochoty spotkać jej ponownie.
W takim przypadku zmuszanie się do kolejnych randek tylko dlatego, że ktoś jest „dobrym kandydatem”, raczej nie ma większego sensu.
Bywa jednak zupełnie inaczej.
Spotkanie było przyjemne. Rozmowa ciekawa. Druga osoba wzbudziła sympatię, a może nawet poczucie bezpieczeństwa. Nie było jedynie tego spektakularnego „wow”.
To właśnie wtedy warto uważać, żeby nie pomylić braku natychmiastowej fascynacji z brakiem potencjału do uczucia.
Nie każda miłość zaczyna się w ten sam sposób
Jedni zakochują się szybko, inni potrzebują czasu.
Dla części osób pociąg pojawia się niemal natychmiast. Ktoś wchodzi do pokoju i już po kilku minutach czujemy, że chcemy go lepiej poznać.
U innych zainteresowanie rośnie wraz z bliskością.
Najpierw podoba nam się sposób myślenia drugiego człowieka. Później zaczynamy zauważać jego ciepło, poczucie humoru, sposób odnoszenia się do ludzi czy to, jak dobrze czujemy się w jego obecności.
Po kilku spotkaniach orientujemy się, że zaczęliśmy czekać na wiadomość.
Po kolejnych pojawia się tęsknota.
Coś, czego nie było podczas pierwszej randki, zaczyna powoli rosnąć.
Taka miłość nie jest mniej prawdziwa tylko dlatego, że potrzebowała czasu.
Czy warto iść na drugą randkę, jeśli nie zaiskrzyło?
Jeżeli podczas pierwszego spotkania nie wydarzyło się nic niepokojącego, rozmowa była przyjemna, a druga osoba wzbudziła choć odrobinę ciekawości, drugie spotkanie może być dobrym pomysłem.
Nie dlatego, że trzeba dawać szansę każdemu.
Pierwsza randka jest jednak bardzo specyficzną sytuacją. Ludzie bywają zestresowani, chcą dobrze wypaść, kontrolują swoje zachowanie i czasami pokazują znacznie mniej naturalną wersję siebie.
Ktoś, kto początkowo wydawał się nieśmiały i małomówny, podczas następnego spotkania może okazać się niezwykle zabawny. Osoba sprawiająca wrażenie zdystansowanej może po prostu potrzebować czasu, żeby poczuć się swobodnie.
Drugie spotkanie nie jest deklaracją związku.
To tylko odpowiedź na pytanie: „Czy jestem ciekawa tego człowieka na tyle, żeby poznać go trochę lepiej?”
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, brak fajerwerków nie powinien automatycznie zamykać drzwi.
Jest jednak różnica między brakiem iskry a niechęcią
Nie warto przekonywać samej siebie do człowieka, wobec którego czujemy wyraźną niechęć.
Jeżeli nie chcemy jego dotyku, nie podoba nam się sposób, w jaki się zachowuje, rozmowa jest nieprzyjemna albo na samą myśl o kolejnym spotkaniu pojawia się napięcie, rozsądek nie powinien zmuszać nas do kontynuowania znajomości.
Argument „przecież jest taki porządny” nie wystarczy do zbudowania intymnej relacji.
Ktoś może być odpowiedzialny, inteligentny, dobrze sytuowany, rodzinny i uczciwy, a mimo wszystko nie być osobą odpowiednią właśnie dla nas.
Miłość nie powinna być rozmową kwalifikacyjną, podczas której wybieramy kandydata spełniającego największą liczbę kryteriów.
Rozsądek jest ważny, lecz nie potrafi wyprodukować uczucia na polecenie.
Związek wyłącznie z rozsądku również może pozostawić pustkę
Wyobraźmy sobie człowieka, który spełnia wszystko, czego teoretycznie oczekujemy od partnera.
Jest stabilny, odpowiedzialny, wierny, ma podobne plany dotyczące przyszłości i chce stworzyć rodzinę. Można na nim polegać, nie powoduje dramatów i traktuje nas z szacunkiem.
Brzmi idealnie.
Jeżeli jednak po wielu spotkaniach nadal nie pojawia się żadna potrzeba bliskości, czułości ani fizycznego kontaktu, nie warto tego ignorować.
Bezpieczeństwo jest niezwykle ważnym fundamentem związku, ale większość ludzi potrzebuje również poczucia, że partner jest kimś więcej niż najlepszym współlokatorem i rozsądnym towarzyszem życia.
Nie trzeba doświadczać filmowych fajerwerków.
Powinna jednak istnieć jakaś forma przyciągania, ciepła i pragnienia bliskości, która odróżnia relację romantyczną od przyjaźni.
A co, jeśli zaiskrzyło od pierwszej sekundy?
Taka historia może oczywiście zakończyć się piękną miłością.
Są pary, które wspominają pierwsze spotkanie po kilkudziesięciu latach i mówią: „Od razu wiedziałem”.
Nie ma powodu twierdzić, że ich doświadczenie jest mniej wartościowe tylko dlatego, że uczucie przyszło szybko.
Warto jednak pamiętać, że silne przyciąganie na początku znajomości nie zwalnia nas z poznawania drugiego człowieka.
Można mieć niesamowitą chemię z osobą, która później okazuje się skrajnie zazdrosna, niewiarygodna, emocjonalnie niedostępna albo zupełnie niezgodna z nami w najważniejszych życiowych sprawach.
Serce może krzyczeć: „Chcę go!”.
Rozum powinien mieć wtedy prawo zapytać: „Ale czy dobrze mi z nim?”
Intensywność nie zawsze oznacza głębię
Niektóre relacje od początku przypominają emocjonalny rollercoaster.
Ogromna fascynacja, całonocne rozmowy, dziesiątki wiadomości dziennie i deklaracje, które pojawiają się bardzo szybko. Później przychodzi pierwsza awantura, dramatyczne rozstanie, wielki powrót i ponowna eksplozja uczuć.
Człowiek może wtedy mieć wrażenie, że skoro emocje są tak potężne, musi to być wyjątkowa miłość.
Niekoniecznie.
Intensywność mówi o sile przeżywanych emocji, ale nie zawsze o jakości relacji.
Spokojny związek może początkowo wydawać się mniej ekscytujący osobie przyzwyczajonej do niepewności, ciągłego zdobywania czyjejś uwagi i dramatycznych zwrotów.
Dopiero po czasie można odkryć, że spokój nie musi oznaczać nudy.
Czasami „iskrzy” właśnie dlatego, że ktoś jest trudny do zdobycia
To jeden z ciekawszych mechanizmów.
Osoba emocjonalnie niedostępna może wzbudzać ogromne zainteresowanie, ponieważ nie jesteśmy pewni jej uczuć. Raz okazuje bliskość, później się wycofuje, następnie znów wraca.
Niepewność zwiększa koncentrację na tej osobie.
Zaczynamy analizować wiadomości, czekać na kontakt i zastanawiać się, co zrobić, żeby ponownie poczuć jej zainteresowanie. Ogrom emocji można łatwo zinterpretować jako dowód niezwykłego uczucia.
Tymczasem przy człowieku dostępnym, konsekwentnym i otwartym nie ma podobnego napięcia.
Wiemy, że zadzwoni.
Wiemy, że chce się spotkać.
Nie trzeba go zdobywać.
Dla kogoś przyzwyczajonego do trudnych relacji taki spokój może początkowo wydawać się mało ekscytujący, choć właśnie on daje znacznie lepsze warunki do budowania prawdziwej bliskości.
Chemia jest ważna, ale nie wystarczy na wspólne życie
Początkowe przyciąganie może otworzyć drzwi do relacji, lecz później potrzebne jest znacznie więcej.
Po kilku latach wspólnego życia partnerzy nie spotykają się wyłącznie na romantycznych kolacjach. Muszą rozwiązywać problemy, dzielić obowiązki, podejmować decyzje finansowe, radzić sobie z chorobą, stresem, rodziną, zmęczeniem i różnicami charakterów.
W takich chwilach sama chemia niewiele załatwia.
Znaczenia nabiera to, czy druga osoba potrafi rozmawiać bez poniżania, dotrzymuje słowa, szanuje granice i pozostaje obok wtedy, gdy życie przestaje być romantyczne.
Związek potrzebuje więc serca, ale potrzebuje również rozsądku.
Rozsądek nie jest wrogiem romantycznej miłości
Czasami przedstawiamy rozsądek tak, jakby zabijał całą magię.
„Nie analizuj, po prostu czuj.”
Brzmi romantycznie, ale nie zawsze prowadzi do dobrych decyzji.
Uczucia warto przeżywać, jednocześnie obserwując rzeczywistość.
Możemy być kimś zachwyceni i zauważyć, że źle traktuje innych ludzi. Możemy tęsknić za kolejnym spotkaniem, a mimo tego dostrzec, że nasze wartości całkowicie się rozmijają.
Dojrzałość nie polega na tłumieniu emocji.
Polega raczej na tym, żeby nie pozwalać emocjom unieważniać faktów.
Czy podobne wartości są ważniejsze od iskry?
Na początku znajomości rzadko rozmawiamy o wszystkich poważnych sprawach. Z czasem jednak okazuje się, że pewne różnice mają ogromne znaczenie.
Jedna osoba chce dzieci, druga zdecydowanie nie. Ktoś marzy o spokojnym życiu w jednym miejscu, podczas gdy partner chce podróżować i wielokrotnie zmieniać kraj. Dla jednej strony ważna jest oszczędność, druga wydaje niemal wszystko, co zarabia.
Można czuć ogromne przyciąganie i jednocześnie chcieć zupełnie różnych żyć.
Żadna iskra nie rozwiąże automatycznie takich konfliktów.
Dlatego przy wyborze partnera warto pytać nie tylko: „Co czuję, kiedy na niego patrzę?”, lecz również: „Czy możemy stworzyć rzeczywistość, w której oboje będziemy dobrze się czuli?”
Pociąg może rosnąć wraz z poznawaniem człowieka
Atrakcyjność nie zawsze jest czymś, co oceniamy raz i już nigdy nie zmieniamy zdania.
Człowiek może stać się dla nas bardziej pociągający, gdy poznajemy jego charakter.
Zaczynamy zauważać sposób, w jaki się uśmiecha, kiedy naprawdę jest rozbawiony. Podoba nam się jego głos, gesty, inteligencja albo to, jak troszczy się o bliskich.
Zwykła twarz zaczyna kojarzyć się z bezpieczeństwem i ciepłem.
Po jakimś czasie patrzymy na tę samą osobę zupełnie inaczej niż podczas pierwszego spotkania.
Nie oznacza to, że zawsze tak się stanie. Pokazuje jedynie, dlaczego pierwsze piętnaście minut znajomości nie musi być ostatecznym testem romantycznego potencjału.
Nie czekaj również w nieskończoność
Skoro uczucie może rozwijać się powoli, pojawia się pytanie: jak długo dawać znajomości szansę?
Nie istnieje matematyczna odpowiedź.
Ważniejsze od liczby randek jest obserwowanie kierunku, w którym zmierzają nasze uczucia.
Czy po kolejnych spotkaniach rośnie ciekawość? Czy coraz bardziej lubisz obecność tej osoby? Pojawia się ochota na bliskość? Zaczynasz spontanicznie o niej myśleć?
Jeżeli coś powoli rośnie, warto zobaczyć, dokąd prowadzi.
Gdy natomiast po wielu spotkaniach nadal czujesz wyłącznie koleżeńską sympatię i nie masz żadnej potrzeby romantycznej bliskości, nie ma sensu przekonywać siebie, że uczucie „powinno” w końcu przyjść.
Druga osoba również zasługuje na kogoś, kto naprawdę jej pragnie, a nie tylko uznaje ją za rozsądny wybór.
Uważaj na listę idealnego partnera
Wiele osób wchodzi w świat randek z bardzo dokładnym wyobrażeniem tego, kogo szuka.
Określony wygląd, wzrost, zawód, sposób ubierania, zainteresowania, charakter, styl życia.
Wiedza o własnych potrzebach jest cenna, ale zbyt szczegółowa lista może sprawić, że zaczniemy oceniać ludzi jak produkty.
Niektóre rzeczy są naprawdę ważne: uczciwość, sposób traktowania innych, podobne wartości czy zgodność w podstawowych planach życiowych.
Inne mogą okazać się znacznie mniej istotne, kiedy spotkamy konkretną osobę.
Człowiek, w którym ostatecznie się zakochamy, nie zawsze przypomina postać, którą wcześniej stworzyliśmy w wyobraźni.
Nie pytaj tylko: „Czy zaiskrzyło?”
Po spotkaniu warto zadać sobie kilka innych pytań.
Czy dobrze mi się z nim rozmawiało i byłąm przed nim sobą?
Nie wiem, ale cały czas próbowałam zrobić dobre wrażenie.
Jestem ciekawa jego historii i sposobu myślenia.
Jak traktował mnie i innych ludzi?
Czy chciałabym spędzić z nim jeszcze kilka godzin?
Czy czuję choć odrobinę przyciągania, które mogłoby się rozwinąć?
Takie pytania nie brzmią tak romantycznie jak „Czy poczułam motyle?”, ale mogą powiedzieć o potencjale relacji znacznie więcej.
Najlepiej, gdy serce i rozum nie muszą ze sobą walczyć
Nie trzeba wybierać pomiędzy związkiem pełnym namiętności a relacją opartą wyłącznie na rozsądku.
Najbardziej obiecująca sytuacja pojawia się wtedy, gdy uczucia prowadzą nas w stronę człowieka, którego również po spokojnym namyśle uważamy za kogoś dobrego dla siebie.
Chcemy jego bliskości, ale jednocześnie czujemy się bezpiecznie.
Tęsknimy, lecz nie musimy żyć w ciągłym lęku, że jutro zniknie.
Pojawia się pociąg, a obok niego szacunek.
Możemy się zakochiwać, nie zamykając oczu na rzeczywistość.
Serce mówi: „Chcę być z tym człowiekiem”, a rozum nie musi krzyczeć: „Uciekaj”.
Czy więc musi „zaiskrzyć”, żeby narodziła się miłość?
Nie.
Czasami zaiskrzy natychmiast i właśnie od tego rozpocznie się piękny związek. Innym razem pierwsze spotkanie nie wywoła żadnych fajerwerków, ale pozostawi po sobie ciekawość i ochotę na kolejne.
To może wystarczyć.
Nie każda wielka miłość zaczyna się od momentu, który pamiętamy później jak scenę z filmu. Niektóre rodzą się powoli, niemal niezauważalnie, kiedy kolejne rozmowy stają się coraz dłuższe, obecność drugiego człowieka coraz ważniejsza, a zwykłe „miło było cię zobaczyć” pewnego dnia zamienia się w prawdziwą tęsknotę.
Warto więc słuchać serca, ale nie wymagać od niego, żeby zawsze podejmowało decyzję podczas pierwszego spotkania.
Dajmy sobie czas na poznawanie ludzi, którzy budzą naszą ciekawość. Jednocześnie nie próbujmy zmuszać się do uczucia tylko dlatego, że ktoś wydaje się idealnym wyborem.
Zaiskrzenie może być początkiem miłości, lecz miłość nie zawsze potrzebuje iskry na pierwszej randce. Czasami zaczyna się znacznie ciszej — od poczucia, że przy tym człowieku jest nam po prostu dobrze i chcemy zobaczyć go jeszcze raz.
Przeczytaj również – Dlaczego przyciągam do swojego życia Lęk przed odrzuceniem Jak odzyskać siebie w związku
Zapraszam także do Biblioteki Lustra Losu