Nowy początek ma w sobie coś niezwykle pociągającego. Kupujemy notes, zapisujemy plan, podejmujemy decyzję i przez chwilę naprawdę wierzymy, że tym razem wszystko będzie inaczej. Zaczynamy ćwiczyć, uczyć się języka, pisać książkę, prowadzić blog, oszczędzać pieniądze, zmieniać sposób odżywiania albo realizować pomysł, który od dawna chodził nam po głowie. Pierwsze dni potrafią dawać ogromną energię.
Później coś się zmienia.
Entuzjazm słabnie, pojawiają się obowiązki, rezultaty nie przychodzą tak szybko, jak oczekiwaliśmy, a to, co na początku było ekscytujące, zaczyna wymagać zwyczajnej, powtarzalnej pracy.
W głowie może wtedy pojawić się znajome pytanie:
„Może to jednak nie jest dla mnie?”
Porzucamy rozpoczętą drogę. Po pewnym czasie znajdujemy kolejny pomysł, który znowu wydaje się świetny. Wraca energia, pojawia się nadzieja i jeszcze raz jesteśmy przekonani, że właśnie teraz trafiliśmy na coś właściwego.
Do momentu, kiedy historia zaczyna się powtarzać.
Dlaczego tak łatwo zaczynamy, a tak trudno kończymy? Czy naprawdę brakuje nam wytrwałości? A może problem jest znacznie bardziej skomplikowany?
Początek jest przyjemniejszy niż środek
Wyobrażenie nowego przedsięwzięcia zwykle jest znacznie atrakcyjniejsze niż jego codzienna realizacja.
Myśląc o napisaniu książki, widzimy gotowy egzemplarz. Możemy wyobrażać sobie okładkę, pierwszych czytelników i wiadomości od ludzi, którzy ją przeczytali.
Znacznie rzadziej w tej wizji pojawia się wtorkowy wieczór, kiedy jesteśmy zmęczeni, napisaliśmy trzy strony, dwie z nich nadają się do poprawy, a do końca książki wciąż zostało bardzo dużo pracy.
Podobnie wygląda wiele innych planów.
Marząc o własnej firmie, łatwo zobaczyć niezależność. Trudniej wyobrażać sobie księgowość, problemy techniczne, niezadowolonego klienta czy miesiąc, w którym przychody okażą się słabsze.
Nauka języka kojarzy się ze swobodną rozmową podczas zagranicznej podróży. Mniej kusząca jest perspektywa powtarzania słówek przez setki zwyczajnych wieczorów.
Początek pozwala wyobrażać sobie rezultat bez konieczności płacenia pełnej ceny za jego osiągnięcie.
Środek drogi wygląda zupełnie inaczej.
Właśnie tam kończy się fantazja, a zaczyna rzeczywistość.
Nowy pomysł daje szybkie poczucie zmiany
Samo podjęcie decyzji potrafi przynieść ulgę.
„Od poniedziałku zaczynam.”
„Od przyszłego miesiąca oszczędzam.”
„W tym roku napiszę książkę.”
„Zakładam własną działalność.”
Przez chwilę możemy poczuć się tak, jakby zmiana już nastąpiła. Powstał plan, więc pojawia się nadzieja. W głowie tworzy się obraz nowej wersji naszego życia.
Problem zaczyna się wtedy, gdy emocja związana z decyzją zostaje pomylona z rzeczywistym postępem.
Kupienie stroju sportowego nie poprawia jeszcze kondycji. Zapisanie się na kurs nie oznacza zdobycia umiejętności. Utworzenie dokumentu z tytułem książki nie czyni nas autorem dwustu stron.
Pierwszy krok jest ważny, lecz dopiero następne pokazują, czy rzeczywiście chcemy iść dalej.
Najtrudniejszy moment przychodzi po pierwszym entuzjazmie
Na początku wiele rzeczy robimy dzięki emocjom.
Jesteśmy zaciekawieni. Chcemy zobaczyć, co się wydarzy. Każdy niewielki postęp daje satysfakcję, ponieważ wszystko jest nowe.
Z czasem nowość znika.
Wtedy zaczyna się etap, o którym rzadko myślimy podczas planowania. Działanie trzeba kontynuować również w zwyczajny dzień, gdy nie ma szczególnej motywacji.
Nic złego nie musiało się wydarzyć. Projekt wcale nie musi być źle wybrany. Cel również nie stracił automatycznie sensu.
Po prostu przestało być ekscytująco.
Dla wielu osób właśnie ta chwila staje się sygnałem do odwrotu.
Tymczasem może być dokładnie odwrotnie. Być może dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa praca.
Nuda nie zawsze oznacza, że wybraliśmy źle
Żyjemy w świecie, który nieustannie proponuje nam coś nowego. Kolejny film, artykuł, produkt, pomysł, kurs, sposób na życie czy metodę osiągania celu.
Nowość łatwo przyciąga uwagę.
Powtarzalność ma znacznie trudniejsze zadanie.
A przecież wiele wartościowych rzeczy powstaje właśnie dzięki wykonywaniu tych samych, często mało spektakularnych czynności.
Osoba ucząca się języka wraca do słów i zdań.
Ktoś budujący własną działalność regularnie wykonuje zadania, które po kilku miesiącach przestają być fascynujące.
Człowiek dbający o kondycję odbywa kolejne treningi, choć żaden pojedynczy dzień nie zmieni jego życia.
Nuda nie zawsze jest znakiem, że trzeba odejść.
Niekiedy oznacza jedynie, że skończyła się faza nowości.
Chcemy rezultatów szybciej, niż mogą się pojawić
Jednym z powodów rezygnacji bywają nierealistyczne oczekiwania dotyczące czasu.
Przez dwa tygodnie coś robimy i zaczynamy sprawdzać, czy już działa.
Po miesiącu pojawia się rozczarowanie.
Dwa miesiące później możemy podejrzewać, że cały pomysł był błędem.
Tyle że niektóre rezultaty wymagają wielu miesięcy albo lat.
Drzewo nie rośnie szybciej dlatego, że codziennie sprawdzamy jego wysokość.
Podobnie jest z wieloma zmianami w życiu. Efekt może przez długi czas pozostawać niewidoczny, chociaż pod powierzchnią już coś się dzieje.
Uczymy się, nabieramy doświadczenia i popełniamy błędy. Coraz lepiej rozumiemy, co działa, a co wymaga zmiany. Stopniowo budujemy umiejętności, których wcześniej nie mieliśmy.
Ocena całego procesu wyłącznie na podstawie szybkich rezultatów może sprawić, że zrezygnujemy tuż przed momentem, w którym wcześniejsza praca zaczęłaby przynosić efekty.
Porównywanie się potrafi odebrać ochotę do dalszej pracy
Szczególnie trudno wytrwać, kiedy patrzymy na ludzi, którzy są znacznie dalej.
Zaczynamy pisać i widzimy autora mającego na koncie dziesięć książek.
Otwieramy małą firmę, a w internecie obserwujemy przedsiębiorcę z ogromnymi przychodami.
Wracając do ćwiczeń, zestawiamy własną kondycję z osobą trenującą od pięciu lat.
Takie porównanie niemal zawsze będzie dla nas niekorzystne.
Zestawiamy przecież własny początek z czyimś późniejszym etapem.
Rzadko widzimy setki zwyczajnych dni, które doprowadziły drugiego człowieka do miejsca, w którym znajduje się obecnie. Dostrzegamy rezultat, nie oglądając całej drogi.
Własny postęp zaczyna wtedy wyglądać bardzo skromnie.
Łatwo pomyśleć: „Po co mam się męczyć, skoro inni robią to znacznie lepiej?”
Znacznie ważniejsze od pytania, czy jesteśmy już tak dobrzy jak ktoś inny, jest inne:
„Czy jestem dalej niż kilka miesięcy temu?”
Perfekcjonizm potrafi wyglądać jak ambicja
Niektórzy nie kończą dlatego, że przestali się starać.
Wręcz przeciwnie.
Chcą zrobić wszystko tak dobrze, że ostatecznie trudno im cokolwiek uznać za gotowe.
Poprawiają, zmieniają, zaczynają jeszcze raz i szukają lepszego rozwiązania. Czekają na moment, w którym efekt będzie dokładnie taki, jak sobie wyobrażali.
Perfekcjonizm potrafi długo udawać wysokie standardy.
W pewnym momencie trzeba jednak zadać sobie niewygodne pytanie:
„Czy naprawdę poprawiam swoją pracę, czy boję się ją zakończyć i pokazać światu?”
Dopóki coś nie jest skończone, nadal może być idealne w naszej wyobraźni.
Gotowy rezultat można już ocenić.
Ktoś może go skrytykować. My sami możemy zauważyć niedoskonałości. Rynek nie zawsze reaguje tak, jak oczekiwaliśmy.
Paradoksalnie niedokończenie chroni nas przed takim sprawdzianem.
Czasami boimy się nie porażki, lecz końca
Zakończenie projektu oznacza, że trzeba zmierzyć się z tym, co nastąpi później.
Napisałam książkę. Co dalej?
Skończyłam kurs. Jak wykorzystam zdobyte umiejętności?
Przygotowałam produkt. Czy odważę się go sprzedać?
Zrealizowałam plan. Jaki będzie następny krok?
Dopóki jesteśmy „w trakcie”, możemy pozostać w bezpiecznej przestrzeni przygotowań.
Ukończenie czegoś zamyka jeden etap i otwiera następny. Bywa, że właśnie tego kolejnego kroku obawiamy się bardziej niż samej pracy.
Z tego powodu człowiek potrafi miesiącami dopracowywać coś, co od dawna jest wystarczająco dobre.
Kolejny pomysł bywa wygodną ucieczką
W chwili, gdy obecny projekt zaczyna być trudny, nowy wygląda wyjątkowo atrakcyjnie.
Nagle pojawia się lepszy pomysł na biznes.
Inna dieta wydaje się skuteczniejsza.
Nowa metoda nauki języka zaczyna wyglądać obiecująco.
Kolejny kurs ma podobno wreszcie dać odpowiedzi, których potrzebujemy.
Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że problem może wcale nie leżeć w metodzie.
Zmieniając kierunek, wracamy po prostu do ulubionego etapu — początku.
Znowu wszystko jest świeże. Jeszcze nie zdążyliśmy napotkać większych trudności. Ponownie możemy wyobrażać sobie doskonały rezultat.
Jeżeli taki schemat powtarza się przez lata, warto przestać analizować każdy porzucony projekt osobno i spojrzeć na wspólny wzór.
„Czy przypadkiem nie uciekam za każdym razem wtedy, gdy kończy się łatwa część?”
Rezygnacja nie zawsze oznacza słabość
Tutaj potrzebne jest ważne rozróżnienie.
Nie wszystko, co zaczynamy, należy kończyć.
Byłoby absurdem trwać przez lata przy każdej decyzji tylko dlatego, że kiedyś ją podjęliśmy.
Zdobywamy nowe informacje, zmieniają się okoliczności i poznajemy siebie lepiej. Projekt może okazać się nieopłacalny, relacja szkodliwa, kierunek niewłaściwy, a dawny cel zwyczajnie przestaje pasować do naszego obecnego życia.
Umiejętność odejścia również może być oznaką dojrzałości.
Pytanie brzmi więc nie: „Czy wolno mi zrezygnować?”
Oczywiście, że wolno.
Warto raczej zastanowić się:
„Dlaczego chcę zrezygnować właśnie teraz?”
Być może zdobyłam informacje, które rzeczywiście zmieniają sytuację.
Innym razem powodem jest po prostu zmęczenie.
Cel mógł przestać mieć dla mnie znaczenie.
Zdarza się jednak, że problemem okazuje się jedynie brak szybkich rezultatów.
Dalsze działanie rzeczywiście może nie mieć sensu.
Równie dobrze mogłam po prostu dotrzeć do trudniejszego etapu.
Odpowiedzi mogą wyglądać podobnie z zewnątrz, ale prowadzą do zupełnie innych decyzji.
Warto ustalić zasady, zanim przyjdzie kryzys
Decyzje podejmowane w chwili frustracji często wyglądają inaczej niż te podejmowane spokojnie.
Dlatego przed rozpoczęciem czegoś ważnego dobrze określić, kiedy ocenimy efekty.
Rozpoczynając projekt wymagający czasu, możemy zdecydować:
„Przez najbliższe trzy miesiące pracuję nad nim regularnie. Dopiero po tym okresie sprawdzę, co działa, czego się nauczyłam i czy chcę kontynuować.”
Takie podejście chroni przed codziennym podejmowaniem tej samej decyzji.
Bez niego każdego gorszego dnia rozpoczyna się wewnętrzna dyskusja:
„Robić dalej czy przestać?”
To bardzo męczące.
Ustalony wcześniej okres pozwala skupić się na pracy, zamiast bez końca negocjować ze sobą sens całego przedsięwzięcia.
Nie pytaj codziennie, czy masz motywację
Motywacja jest wspaniała, ale ma jedną poważną wadę — zmienia się.
Jednego dnia mamy energię i moglibyśmy pracować godzinami. Następnego najchętniej nie robilibyśmy nic.
Realizacja ważnego celu oparta wyłącznie na nastroju prędzej czy później zacznie się rozpadać.
Znacznie skuteczniejsze bywają proste zasady.
Zamiast „będę pisać, kiedy poczuję wenę”, lepiej ustalić: „trzy razy w tygodniu siadam do pisania”.
Ogólne „zacznę ćwiczyć więcej” można zamienić na konkretne dni.
Postanowienie „będę oszczędzać” stanie się realniejsze, jeśli określimy kwotę odkładaną regularnie.
System nie brzmi tak romantycznie jak inspiracja.
Za to działa również wtedy, gdy inspiracja postanowi zrobić sobie wolne.
Małe minimum może uratować duży plan
Częstym błędem jest przekonanie, że skoro nie możemy zrobić wszystkiego, nie warto robić nic.
Zaplanowaliśmy godzinę ćwiczeń, ale mamy tylko dwadzieścia minut.
Chcieliśmy napisać pięć stron, tymczasem jesteśmy w stanie stworzyć jedną.
Mieliśmy poświęcić projektowi cały weekend, lecz pojawiły się rodzinne obowiązki.
W takim momencie łatwo odpuścić całkowicie.
Tyle że życie rzadko układa się idealnie.
Dobrze więc mieć własne minimum na trudniejsze okresy.
Może nim być piętnaście minut nauki, jedna strona tekstu, krótki trening, jeden telefon albo pojedyncze wykonane zadanie.
Mały krok nie zawsze daje spektakularny rezultat.
Ma jednak inną wartość: nie pozwala zerwać ciągłości.
Nie zaczynaj ciągle od zera
Po przerwie ludzie często mówią:
„Muszę zacząć od początku.”
Niekoniecznie.
Jeżeli przez kilka miesięcy uczyłaś się języka, a później zrobiłaś przerwę, nie straciłaś całej wiedzy.
Gdy pracowałaś nad projektem i zatrzymałaś się na kilka tygodni, wcześniejsza praca nadal istnieje.
Po nieudanej próbie pozostaje doświadczenie, nawet jeśli rezultat nie był taki, jakiego oczekiwaliśmy.
Powrót nie musi oznaczać wymazywania wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej.
Możemy wrócić do miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, sprawdzić sytuację i ruszyć dalej.
To ogromna różnica.
Człowiek, który ciągle mówi sobie, że „znowu zaczyna od zera”, może po latach uwierzyć, że niczego nie potrafi doprowadzić do końca.
Tymczasem część niedokończonych prób mogła dać mu wiedzę potrzebną właśnie teraz.
Sprawdź, ile rzeczy masz rozpoczętych
Zrób prosty eksperyment.
Weź kartkę i zapisz wszystkie większe rzeczy, które zaczęłaś w ostatnich kilku latach, ale ich nie skończyłaś.
Bez oceniania siebie.
Po prostu je wypisz.
Następnie przy każdej zanotuj odpowiedź na jedno pytanie:
„Dlaczego przestałam?”
Powody mogą być bardzo różne.
Brak czasu, utrata zainteresowania, problemy finansowe, zbyt wolne rezultaty, strach, krytyka, zmiana sytuacji życiowej, nowy pomysł, zmęczenie albo perfekcjonizm.
Kiedy zobaczysz wszystkie odpowiedzi obok siebie, może pojawić się coś ciekawego.
Być może kilka razy zrezygnowałaś z bardzo podobnego powodu.
W takim przypadku problemem nie musi być kolejny projekt.
Znacznie bardziej prawdopodobne, że warto przyjrzeć się momentowi, w którym zwykle z niego wychodzisz.
Jedna skończona rzecz może być więcej warta niż dziesięć świetnych pomysłów
Pomysły są potrzebne.
Bez nich trudno byłoby tworzyć cokolwiek nowego.
Jednak sam pomysł nie zmienia jeszcze rzeczywistości.
Napisana połowa książki nie może trafić do czytelnika. Niedokończony kurs nie daje pełnego rezultatu. Projekt pozostający przez lata w komputerze nie sprawdzi się w prawdziwym świecie.
Dopiero zakończenie pozwala zobaczyć, co rzeczywiście stworzyliśmy.
Efekt wcale nie musi być idealny.
Pierwsza ukończona rzecz może być przeciętna. Druga prawdopodobnie będzie lepsza. Przy dziesiątej będziemy mieć doświadczenie, którego nie da się zdobyć przez samo planowanie.
Kończenie również jest umiejętnością.
Można się jej nauczyć.
A może masz po prostu za dużo otwartych drzwi?
Czasami nie brakuje nam wytrwałości.
Brakuje decyzji, co jest najważniejsze.
Chcemy jednocześnie poprawić kondycję, nauczyć się języka, zmienić pracę, stworzyć firmę, przeczytać trzydzieści książek, uporządkować dom, zacząć podróżować i jeszcze znaleźć czas dla rodziny.
Każdy z tych celów może mieć sens.
Trudność pojawia się wtedy, gdy wszystkie mają być realizowane natychmiast.
Energia rozprasza się pomiędzy zbyt wiele kierunków. Żaden z nich nie dostaje wystarczająco dużo czasu, żeby zacząć przynosić widoczne rezultaty.
Być może nie potrzebujesz kolejnego planu.
Potrzebujesz wybrać jedną rzecz, której dasz pierwszeństwo.
Reszta może poczekać.
To nie rezygnacja z marzeń. To kolejność.
Spróbuj przez jakiś czas nie zaczynać niczego nowego
Jeżeli rozpoznajesz u siebie zwyczaj ciągłego rozpoczynania, możesz przeprowadzić mały eksperyment.
Przez określony czas nie rozpoczynaj żadnego nowego dużego projektu.
Wybierz zamiast tego jedną rzecz, która nadal jest dla Ciebie ważna.
Wróć do niej.
Sprawdź, czego potrzeba, żeby przesunąć ją o jeden etap dalej.
Nie musisz od razu kończyć wszystkiego.
Chodzi o doświadczenie czegoś, czego osoby zakochane w nowych początkach często sobie nie dają:
satysfakcji z kontynuowania.
Początek daje ekscytację.
Wytrwanie przynosi coś innego — poczucie, że można na sobie polegać.
Najważniejsze pytanie pojawia się w środku drogi
Każdy większy cel ma moment, w którym przestaje być nowy, a jeszcze nie daje pełnej nagrody.
To właśnie środek.
Pierwsza ekscytacja już minęła. Końca nadal nie widać. Człowiek wykonuje pracę, choć nie dostaje natychmiastowego potwierdzenia, że było warto.
W tym miejscu odpada wiele planów.
Niekoniecznie dlatego, że były złe.
Powodem nie zawsze jest też brak możliwości.
Często spodziewaliśmy się po prostu, że właściwa droga przez cały czas będzie dawała nam poczucie pewności i entuzjazmu.
A przecież może być inaczej.
Dobra droga również potrafi męczyć.
Ważny cel czasami nudzi.
Sensowny projekt może przechodzić przez okres, w którym nic spektakularnego się nie wydarza.
Marzenie po zetknięciu z codziennością przestaje wyglądać jak marzenie i zaczyna przypominać pracę.
Właśnie wtedy warto zadać sobie pytanie:
„Chcę odejść dlatego, że ta droga naprawdę przestała być moja, czy dlatego, że przestała być łatwa i ekscytująca?”
Odpowiedź może powiedzieć o nas znacznie więcej niż kolejny nowy plan.
Nie wszystko trzeba kończyć. Ale warto wiedzieć, dlaczego przestajemy
Dojrzałość nie polega na doprowadzaniu za wszelką cenę każdej rozpoczętej rzeczy do końca.
Nie ma sensu poświęcać kolejnych lat czemuś tylko dlatego, że szkoda nam wcześniejszego wysiłku.
Równie niebezpieczne może być jednak przeciwieństwo — ciągłe zmienianie kierunku, zanim damy sobie szansę zobaczyć, dokąd prowadzi obrana droga.
Między ślepym uporem a zbyt szybkim odpuszczaniem istnieje miejsce na świadomą decyzję.
Możemy powiedzieć:
„Sprawdziłam. Dałam temu czas. Wiem, dlaczego odchodzę.”
Albo:
„Jest trudno, ale nadal tego chcę. Zostaję.”
Obie odpowiedzi mogą być właściwe.
Najważniejsze, żeby decyzja nie była automatyczną reakcją na chwilowe zmęczenie, nudę czy brak szybkiego sukcesu.
Bo jeśli za każdym razem będziemy odchodzić w chwili, gdy droga staje się zwyczajna, możemy przez całe życie doświadczać fantastycznych początków — i nigdy nie dowiedzieć się, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy choć raz zostali wystarczająco długo, żeby dojść do końca.
Przeczytaj także – Dlaczego odkładamy własne życie na później? Pułapka, w której można spędzić całe lata
Dlaczego tak trudno zmienić swoje życie, nawet kiedy wiemy, że nie jesteśmy szczęśliwi
Czy naprawdę znamy samych siebie? Dlaczego tak trudno odpowiedzieć na pytanie: czego chcę od życia?
Zapraszam do Biblioteki lustra losu