Przejdź do treści
Strona główna » Strona z wpisami » Utrzymywanie dorosłej rodziny

Utrzymywanie dorosłej rodziny

W domu mieszkają cztery dorosłe osoby. Pracuje jedna.

Utrzymywanie dorosłej rodziny, to nie jest łatwe, jeśli trwa lata.

To ona rano wstaje, wychodzi do pracy, wraca zmęczona i po drodze robi zakupy. Z jej pensji opłacany jest czynsz, prąd, internet, jedzenie i większość pozostałych wydatków. Pozostali domownicy chętnie korzystają z pełnej lodówki, ciepłego mieszkania i wszystkich wygód wspólnego życia.

Problem pojawia się wtedy, gdy kobieta zaczyna mówić o pieniądzach.

„Znowu tylko rachunki.”

„Ciągle liczysz pieniądze.”

„Jesteś straszną materialistką.”

Łatwo nie przejmować się finansami, kiedy ktoś inny przejmuje się nimi za nas.

Czy jednak człowiek staje się materialistą dlatego, że nie chce przez kolejne lata utrzymywać kilku zdolnych do samodzielności dorosłych osób?

Nie.

Rozmowa o pieniądzach nie zawsze świadczy o przywiązaniu do rzeczy materialnych. Czasami jest zwyczajnym skutkiem tego, że jedna osoba została sama z odpowiedzialnością, którą powinna dzielić z innymi.

Pieniądze nie biorą się z lodówki

Kiedy rachunki są regularnie opłacane, łatwo przestać zauważać, ile kosztuje codzienne życie. I utrzymywanie dorosłej rodziny przenieść na jedną osobę.

Prąd po prostu jest.

Woda leci z kranu.

Internet działa.

W lodówce znajduje się jedzenie.

Czynsz został zapłacony.

Dla osoby, która nie uczestniczy w finansowaniu domu, wszystko może wydawać się czymś oczywistym. Ktoś jednak musi wcześniej zarobić pieniądze potrzebne do opłacenia każdej z tych rzeczy.

I właśnie ten ktoś zna ich prawdziwy koszt.

Nie jest więc niczym dziwnym, że osoba utrzymująca rodzinę częściej zastanawia się nad wydatkami niż pozostali domownicy. To ona wie, ile zostało na koncie, pamięta o terminach płatności i zastanawia się, z czego zapłaci za nieplanowaną naprawę.

Paradoks polega na tym, że później może usłyszeć:

„Tobie tylko pieniądze w głowie”.

A może pieniądze są w jej głowie właśnie dlatego, że nikt inny nie musi o nich myśleć?

Pomoc rodzinie jest czymś naturalnym

Nie chodzi o stworzenie domu, w którym każdy pilnuje wyłącznie własnego portfela.

Rodzina powinna sobie pomagać. Jednak utrzymywanie dorosłej rodziny przez jedną osobę, nie jest sprawiedliwe.

Ktoś może stracić pracę. Inna osoba zachoruje, studiuje, przechodzi trudny okres albo opiekuje się bliskim. Czasami dorosłe dziecko po rozstaniu wraca do rodzinnego domu i przez kilka miesięcy potrzebuje wsparcia.

Życie bywa nieprzewidywalne.

Badania dotyczące finansowego wspierania dorosłych dzieci pokazują zresztą, że pomoc pomiędzy pokoleniami jest złożonym zjawiskiem i sama w sobie nie musi oznaczać niczego niezdrowego. Znaczenie ma między innymi powód pomocy, jej forma oraz to, czy prowadzi do większej samodzielności.

Czym innym jest jednak powiedzieć:

„Pomogę Ci, dopóki nie staniesz na nogi”.

Zupełnie inne znaczenie ma:

„Będę Cię utrzymywać, ponieważ nie masz ochoty stanąć na własnych nogach”.

Właśnie tutaj przebiega granica, której w wielu rodzinach bardzo trudno pilnować.

Nie każdy, kto nie pracuje, jest leniwy

Zanim zaczniemy kogokolwiek oceniać, trzeba powiedzieć coś bardzo ważnego.

Brak pracy nie oznacza automatycznie lenistwa.

Człowiek może chorować, zmagać się z niepełnosprawnością, opiekować się dzieckiem albo innym członkiem rodziny. Czasami długo szuka zatrudnienia i mimo wysiłku nie może go znaleźć. Bywa również, że problemy psychiczne poważnie ograniczają zdolność do normalnego funkcjonowania.

Nie wszystko widać z zewnątrz.

Dlatego problemem nie jest sam fakt, że dorosły człowiek przez pewien czas nie zarabia.

Problem zaczyna się przy innej postawie:

„Mógłbym coś zrobić, ale po co? Przecież ktoś mnie utrzyma”.

To już nie jest trudna sytuacja życiowa. Wszystko spada na jedna osobę w rodzinie. a utrzymywanie dorosłej rodziny, nie jest łatwe.

To sposób funkcjonowania, w którym odpowiedzialność za własne życie zostaje przeniesiona na drugiego człowieka.

Kiedy pomoc zaczyna szkodzić?

Granica bywa bardzo cienka.

Rodzic daje dorosłemu dziecku pieniądze, ponieważ chce mu ułatwić start. Później płaci za telefon. Następnie pomaga z samochodem. Kiedy pojawia się dług, spłaca również dług.

Intencja jest dobra:

„Nie chcę, żeby moje dziecko miało ciężko”.

Tylko co dzieje się później?

Jeżeli ktoś za każdym razem usuwa konsekwencje cudzych decyzji, osoba korzystająca z pomocy może nigdy nie nauczyć się samodzielnie ich ponosić.

W psychologii używa się pojęcia enabling na określenie sytuacji, w której pomoc zaczyna podtrzymywać problematyczne zachowanie. Ciągłe ratowanie bliskiego przed konsekwencjami jego decyzji może w dłuższej perspektywie szkodzić zarówno jemu, jak i osobie pomagającej.

Można więc pomagać z miłości i jednocześnie nieświadomie utrwalać zależność. A potem osoba która pomaga, stanie się ofiarą, gdyż spadnie na nią utrzymywanie dorosłej rodziny.

Dorosłość to nie tylko wiek

Skończenie osiemnastu lat formalnie czyni człowieka dorosłym.

Prawdziwa samodzielność jest jednak czymś więcej.

Oznacza stopniowe przejmowanie odpowiedzialności za własne decyzje, pieniądze, obowiązki i konsekwencje.

Nie każdy musi w wieku osiemnastu czy dwudziestu lat natychmiast wyprowadzać się z rodzinnego domu. Wspólne mieszkanie kilku pokoleń może być rozsądnym rozwiązaniem, szczególnie przy wysokich kosztach życia.

Nie chodzi również o to, żeby rodzice wystawiali dorosłemu dziecku rachunek za każdą kromkę chleba.

Warto jednak zadać inne pytanie:

Czy wraz z wiekiem rośnie jego odpowiedzialność za wspólne życie?

Jeżeli odpowiedź przez kolejne lata brzmi „nie”, coś zaczyna być nie tak. Niestety, nikt nie będzie utrzymywał dorosłej rodziny.

„Przecież jestem twoim dzieckiem”

Oczywiście.

Dorosły syn nadal jest synem, a dorosła córka nie przestaje być córką.

Miłość rodzicielska nie kończy się wraz z osiemnastymi urodzinami.

Tylko że kochać dorosłe dziecko nie oznacza wykonywać za nie wszystkich zadań dorosłości.

Można powiedzieć:

„Jeżeli stracisz pracę, pomogę Ci”.

Można również powiedzieć:

„Możesz przez jakiś czas u mnie mieszkać”.

Nie ma natomiast niczego okrutnego w dodaniu:

„Jednocześnie oczekuję, że będziesz szukać rozwiązania i stopniowo przejmiesz odpowiedzialność za swoje życie”.

Granica nie oznacza odrzucenia. Granica jest drogą, prowadzącą do uniknięcia utrzymywania dorosłej rodziny.

A co z żoną albo mężem, którzy nie pracują?

Tutaj łatwo o niesprawiedliwą ocenę.

Wyobraźmy sobie małżeństwo, w którym jedna osoba pracuje zawodowo, a druga zajmuje się małymi dziećmi, domem albo wymagającym stałej opieki członkiem rodziny.

Czy osoba pozostająca w domu „nic nie robi”?

Oczywiście, że nie.

Praca opiekuńcza i domowa również ma wartość, nawet jeżeli pod koniec miesiąca nikt nie przelewa za nią wynagrodzenia.

Istnieją też pary, które świadomie ustalają inny model. Jedna osoba zarabia wystarczająco dużo, oboje są zadowoleni z takiego podziału i nie powoduje on poczucia wykorzystywania.

To ich decyzja.

Sytuacja wygląda inaczej, gdy mamy dwoje zdrowych dorosłych ludzi, bez dzieci i obowiązków wymagających pozostania w domu. Jedno codziennie pracuje, finansuje wspólne życie i coraz bardziej odczuwa ciężar odpowiedzialności. Drugie nie chce podjąć zatrudnienia, nie szuka żadnego rozwiązania, a jednocześnie oczekuje określonego poziomu życia.

Wtedy warto zapytać:

Czy nadal mamy do czynienia z partnerskim podziałem ról, czy jedna osoba po prostu urządziła sobie życie kosztem drugiej?

Płeć nie ma tutaj znaczenia.

Może chodzić o żonę utrzymywaną przez męża.

Równie dobrze będzie to mąż żyjący latami z pensji żony. Niestety w wielu rodzinach jest zjawisko : utrzymywania dorosłej rodziny.

Partnerstwo nie zawsze oznacza pół na pół

Nie chciałabym jednak sprowadzać związku do matematyki.

Sprawiedliwość nie zawsze oznacza podział 50 na 50.

Jeżeli jedna osoba zarabia znacznie więcej, naturalne może być, że ponosi większą część kosztów. Kiedy partner zachoruje, drugi przez pewien czas może przejąć niemal całą odpowiedzialność finansową.

W dobrym związku proporcje potrafią się zmieniać.

Najważniejsza jest wzajemność.

Jedna osoba wnosi więcej pieniędzy, druga może przejmować więcej obowiązków. W trudniejszym okresie jedno ciągnie ciężar, wiedząc, że gdy role się odwrócą, partner zrobi to samo.

Problem nie polega więc na tym, że ktoś daje więcej.

Pojawia się wtedy, kiedy jedna osoba ciągle daje, a druga zaczyna traktować to jak należne jej prawo.

Jest jej tak dobrze. Przyzwyczaiła się, że druga osoma utrzymuje dorosłą rodzinę.

„Nie będę pracować za byle jakie pieniądze”

Takie zdanie również można czasem usłyszeć.

Ambicja zawodowa jest czymś dobrym. Nie ma niczego złego w szukaniu lepszej pracy.

Trudno jednak miesiącami albo latami odrzucać wszystkie możliwości jako „poniżej swoich oczekiwań”, jeżeli w tym samym czasie ktoś inny finansuje nasze jedzenie, mieszkanie i przyjemności.

Czasami pierwsza praca nie będzie wymarzona.

Może być etapem.

Dorosłość polega również na umiejętności odróżnienia:

„To nie jest moja docelowa droga”

od:

„Nie zrobię niczego, dopóki świat nie zaoferuje mi dokładnie tego, czego oczekuję”.

Pierwsze podejście pozostawia przestrzeń na rozwój.

Drugie może stać się wygodnym usprawiedliwieniem bierności. Widocznie w rodzinie jest zjawisko, utrzymywania dorosłej rodziny i ten ktoś przyzwyczaił sie do tego.

Dlaczego osoba utrzymująca rodzinę tak długo na to pozwala?

To pytanie może zaboleć, ale warto je zadać. Utrzymywanie dorosłej rodziny.

Czasami matka latami narzeka na dorosłego syna, który nie pracuje.

Prosi.

Tłumaczy.

Złości się.

Grozi.

Później daje mu pieniądze.

Kupuje ulubione jedzenie.

Płaci za telefon.

Spłaca kolejny rachunek.

Po wszystkim znów mówi:

„Musisz wreszcie coś zrobić ze swoim życiem”.

Tylko czego syn nauczył się z całej sytuacji?

Nie tego, co usłyszał.

Nauczył się tego, co wydarzyło się później.

Mimo awantury jego życie pozostało dokładnie takie samo.

Nie oznacza to, że winę ponosi osoba, która pracuje i pomaga. Znacznie łatwiej postawić granicę komuś obcemu niż własnemu dziecku, partnerowi czy rodzeństwu. Miłość, poczucie obowiązku i lęk przed konfliktem potrafią sprawić, że ludzie latami tolerują układy, których nigdy nie zaakceptowaliby w innych relacjach.

Badania i praktyka dotycząca granic finansowych zwracają uwagę, że problematyczne wspieranie może obciążać również osobę finansującą — rodzić frustrację, poczucie winy i utrudniać realizowanie jej własnych potrzeb finansowych.

Granica bez konsekwencji pozostaje prośbą

„Od przyszłego miesiąca musisz dokładać się do rachunków”.

Brzmi jak granica.

Jeżeli jednak kolejny miesiąc mija, nic się nie zmienia i osoba wypowiadająca te słowa nadal pokrywa wszystkie koszty, komunikat staje się pusty.

Zdrowa granica powinna mówić przede wszystkim co zrobię ja, a nie próbować sterować zachowaniem drugiego człowieka.

Zamiast:

„Masz natychmiast znaleźć pracę”,

można powiedzieć:

„Od pierwszego listopada nie będę finansowała Twoich prywatnych wydatków”.

Pierwszego zdania nie możemy wyegzekwować.

Drugie dotyczy naszej decyzji.

Specjaliści zajmujący się granicami zwracają uwagę właśnie na znaczenie jasnych limitów, konsekwencji oraz konsekwentnego ich przestrzegania.

„Ale przecież jesteśmy rodziną”

To jedno z najbardziej emocjonalnych zdań.

Tak, jesteśmy rodziną.

Właśnie dlatego powinniśmy troszczyć się o siebie nawzajem.

Troska nie oznacza jednak, że jedna osoba ma przez dwadzieścia lat pracować na pozostałych dorosłych domowników tylko dlatego, że łączą ich więzy krwi.

Rodzina powinna oznaczać wzajemność.

Jeżeli jedna osoba zarabia, druga może gotować, sprzątać, robić zakupy, opiekować się kimś potrzebującym pomocy albo aktywnie szukać pracy. Istnieje wiele sposobów uczestniczenia we wspólnym życiu.

Najbardziej niszczący jest układ, w którym ktoś nie wnosi prawie niczego, ale oczekuje wszystkiego.

Co zrobić, kiedy wszyscy przyzwyczaili się, że Ty płacisz?

Najpierw trzeba zobaczyć liczby.

Nie ogólne: „wydaję na was fortunę”.

Konkretne. Zaraz dowiemy się, czy występuje zjawisko utrzymywania dorosłej rodziny.

Ile wynosi mieszkanie?

Ile kosztuje jedzenie?

Prąd?

Internet?

Transport?

Pozostałe wspólne wydatki?

Następnie warto usiąść razem i spokojnie pokazać, ile naprawdę kosztuje funkcjonowanie domu.

Dorosłym domownikom można powiedzieć:

„Nie jestem już w stanie sama ponosić wszystkich kosztów. Od teraz musimy inaczej podzielić odpowiedzialność”.

Bez krzyku, obrażania o nazywania kogokolwiek darmozjadem.

Konkrety są mocniejsze niż wyzwiska.

A jeśli ktoś naprawdę nie ma pieniędzy?

Wtedy wkład nie musi natychmiast oznaczać określonej kwoty.

Osoba szukająca pracy może przejąć większą część obowiązków domowych. Jednocześnie warto ustalić plan: gdzie wysyła aplikacje, jakie kwalifikacje może zdobyć, co jest w stanie zrobić tymczasowo i kiedy ponownie wspólnie oceniacie sytuację.

Pomoc powinna mieć kierunek.

„Pomagam Ci dojść do samodzielności” jest czymś zupełnie innym niż „utrzymuję Cię bezterminowo i nawet nie pytam, co zamierzasz dalej”.

To pierwsze buduje.

Drugie może utrwalać zależność.

Nie finansuj luksusu, jeśli walczysz o podstawowe rachunki

To również warto powiedzieć.

Jeżeli jedna osoba zastanawia się, czy wystarczy na prąd, nie powinna czuć obowiązku finansowania rozrywek zdrowego dorosłego człowieka, który nie chce podjąć żadnej odpowiedzialności.

Telefon z najdroższym abonamentem, wyjścia, używki, zamawiane jedzenie, nowe ubrania czy inne przyjemności nie są podstawowym prawem członka rodziny.

Można zapewnić komuś dach nad głową w trudnym okresie, nie finansując jednocześnie stylu życia, na który sam nie zarabia.

Odmowa nie musi być karą.

Może być granicą.

Nie daj sobie wmówić, że pieniądze nie powinny mieć znaczenia

Pieniądze nie są najważniejszą rzeczą w życiu.

Ale mają znaczenie.

Płacimy nimi za mieszkanie, jedzenie, leczenie, transport, edukację, bezpieczeństwo i część przyjemności.

Udawanie, że rozmowa o finansach jest czymś małostkowym, bywa bardzo wygodne dla osoby, która sama nie musi ich zarabiać.

Człowiek odpowiedzialny finansowo nie jest automatycznie materialistą.

Materializm polega na nadmiernym przywiązywaniu znaczenia do dóbr materialnych.

Oczekiwanie, że cztery dorosłe osoby będą w rozsądny sposób uczestniczyć w kosztach własnego życia, nie jest materializmem. Jest rozmową o odpowiedzialności.

A co, jeśli po postawieniu granicy zaczną się pretensje?

Bardzo możliwe, że się zaczną.

Jeżeli jakiś układ funkcjonował przez wiele lat i był dla części rodziny wygodny, jego zmiana niekoniecznie spotka się z entuzjazmem. Rodzinne systemy mają tendencję do utrwalania istniejących ról, dlatego ustanawianie nowych granic może wywoływać opór, szczególnie gdy w grę wchodzą pieniądze, zależność i wieloletnie przyzwyczajenia.

Możesz usłyszeć:

„Zmieniłaś się”.

„Kiedyś taka nie byłaś”.

„Pieniądze są dla ciebie ważniejsze niż rodzina”.

Nie każda negatywna reakcja oznacza jednak, że granica jest niewłaściwa.

Czasami oznacza po prostu, że ktoś właśnie traci wygodę, do której zdążył się przyzwyczaić.

Poczucie winy może być największą przeszkodą

Szczególnie rodzicom trudno powiedzieć „nie”.

W głowie natychmiast pojawia się myśl:

„A jeśli sobie nie poradzi?”

Tylko kiedy dorosły człowiek ma nauczyć się radzić sobie samodzielnie, jeżeli zawsze ktoś robi to za niego?

Nie chodzi o wyrzucenie bliskiego człowieka z domu z dnia na dzień.

Można działać stopniowo.

Najpierw rozmowa.

Później konkretny plan.

Następnie ograniczenie finansowania rzeczy niekoniecznych.

Kolejnym etapem może być ustalenie udziału w kosztach domu.

Tempo zależy od sytuacji, lecz kierunek powinien prowadzić ku większej samodzielności, a nie coraz głębszej zależności.

Nie wychowuj wiecznego dziecka

Rodzic może z miłości zrobić za dziecko bardzo wiele.

Najpierw wiąże mu buty.

Później pomaga w lekcjach.

Następnie wspiera przy pierwszych dorosłych decyzjach.

W pewnym momencie jego zadanie musi się jednak zmienić.

Dorosłe dziecko nie potrzebuje już człowieka, który usuwa przed nim każdą przeszkodę. Bardziej potrzebny jest ktoś, kto wierzy, że ono samo potrafi nauczyć się przez nie przechodzić.

Ciągłe ratowanie może przynosić efekt odwrotny od zamierzonego: zamiast rozwijać samodzielność, utrwalać przekonanie, że zawsze znajdzie się ktoś, kto rozwiąże problem. Na takie ryzyko wskazują również publikacje dotyczące długotrwałego finansowego wspierania dorosłych dzieci.

Czasami pozwolenie komuś na poniesienie konsekwencji własnej decyzji jest trudniejsze niż wyjęcie portfela.

Może jednak nauczyć go znacznie więcej.

Nie jesteś bankomatem tylko dlatego, że kochasz

Miłość nie powinna być przeliczana na liczbę opłaconych rachunków.

Matka nie kocha mniej dlatego, że nie chce utrzymywać trzydziestoletniego syna, który mógłby pracować.

Mąż nie staje się złym człowiekiem, gdy oczekuje od zdrowej żony udziału we wspólnym życiu, jeśli nigdy nie ustalali, że będzie ją bezterminowo utrzymywał.

Żona ma takie samo prawo oczekiwać odpowiedzialności od męża.

Rodzeństwo również nie musi finansować dorosłego brata czy siostry tylko dlatego, że „rodzinie się nie odmawia”.

Możemy kochać człowieka i jednocześnie powiedzieć:

„Tego już za Ciebie nie zrobię”.

Pomoc powinna prowadzić do samodzielności

To chyba najprostszy sposób odróżnienia zdrowego wsparcia od układu, który zaczyna szkodzić.

Zadaj sobie pytanie:

Czy moja pomoc sprawia, że ta osoba z czasem radzi sobie lepiej beze mnie, czy coraz mniej potrafi funkcjonować bez mojego wsparcia?

Jeżeli po roku pomocy człowiek jest bliżej samodzielności, prawdopodobnie wsparcie spełnia swoją rolę.

Gdy po pięciu latach nadal nie robi niczego, czego nie robił wcześniej, a wymagania wobec osoby finansującej tylko rosną, trzeba przyjrzeć się całemu układowi.

Nie każdą sytuację da się naprawić jedną rozmową.

Można jednak przestać udawać, że problem nie istnieje.

„Materialistka”, bo nie chce utrzymywać całej rodziny?

Nie.

Człowiek nie staje się materialistą dlatego, że chce wiedzieć, kto zapłaci rachunki.

Pieniądze nie pojawiają się razem z jedzeniem w lodówce. Czynsz nie znika dzięki rodzinnej miłości, a prąd nie jest darmowy dlatego, że korzystają z niego bliscy.

Jeżeli w jednym domu mieszkają zdrowi, zdolni do pracy dorośli ludzie, odpowiedzialność za wspólne życie nie powinna przez lata spoczywać wyłącznie na jednej osobie.

Oczywiście będą okresy, kiedy ktoś potrzebuje więcej pomocy.

Na tym polega bliskość.

W zdrowej relacji istnieje jednak różnica pomiędzy „teraz Ci pomogę” a „od tej chwili Twoje życie jest moim obowiązkiem”.

Osoba, która przez lata utrzymuje wszystkich, również ma prawo do własnych potrzeb.

Do odpoczynku.

Także do oszczędności i bezpieczeństwa finansowego.

Wydania części zarobionych pieniędzy na siebie.

Wreszcie — do powiedzenia, że ma już dość.

Nie jest egoistką dlatego, że nie chce pracować na kilka dorosłych osób.

Nie jest skąpa, ponieważ oczekuje współodpowiedzialności.

I nie staje się materialistką tylko dlatego, że przypomina innym o czymś, o czym bardzo łatwo zapomnieć, kiedy płaci ktoś inny:

dorosłość oznacza nie tylko prawo do decydowania o własnym życiu. Oznacza również stopniowe przejmowanie odpowiedzialności za jego koszty.

Pomoc bliskim może być jednym z najpiękniejszych przejawów miłości. Nie powinna jednak polegać na utrzymywaniu dorosłego człowieka w wygodnej bezradności.

Czasami najbardziej potrzebną pomocą nie jest kolejny przelew, opłacony rachunek ani pełna lodówka.

Jest nią spokojne postawienie granicy:

„Kocham Cię i pomogę Ci stanąć na własnych nogach. Ale nie będę przez całe życie stała na nich za Ciebie”.

Przeczytaj również – Od pomysłu do sukcesu Jak odzyskać siebie w związku Dlaczego nie potrafie byc szczęśliwa

Zapraszam także do Biblioteki Lustra Losu